MAŁA DRAKA W CHIŃSKIEJ DZIELNICY

Wszystko zaczeło się od tego iż MRW u siebie skomentował u siebie nowy katedralny pomysł. Przedsięwzięcie w którym szczerze mówiąc nie partycypuje ale to wynika trochę z  wypadania z czasu i niechęci do spekulacji fabularnych na podstawie blurba (lubię za to porównywac blurba z zawartością, co często robię w  reckach) . W sumie sam komentarz jest trafny – niezależnie od tego jakie były intencje Kurpa, to wyszło trochę śmiechowo. Dlatego nie dziwię się że ta notka została nominowana do konkursu Esencji „popkurozium” .

*

Tylko wynikła przy tym inne śmieszna sprawa – jak spojrzycie na nominacje Esensji to zobaczycie że nominowany jest cały dział na podstawie jednej „zgadywanki”, w dodatku cytowany fragment był podpisany imiennie, to jest sugestia że cała redakcje powinna obskoczyć biblioteke. Natomiast przy nomiacji tekstu Bartosza Węglarczyka z Wyborczej, autor  jest wymieniony indywidualnie i mimo iż wspomniany jest że zapowiadany film to „arcydzieło kina” nie ma uderzenia w stronę całej redakcji, czy redakcyjnego działu, czy kogoś kto sprawdzał ten tekst w Wyborczej. Ok, Katedrę pewnie czyta mniej osób niż Wyborczą ; ) ale jak już nominować to chyba na jakiś równych zasadach, a nie kierować się logiką orków z Warhamca 40k „wszyscy mniejsi to Grotz i można ich lać po mordzie ile wlezie a każdy większy to Warbozz i lepiej nie zaczynać”.

*

Ale i tak najbardziej rozczulający była sugestia MRW na jego blogu „Powyższa kopypasta pochodzi z nowej inicjatywy „Katedry” – „Literackich zgadywanek” (które nie mają nic wspólnego z akcją Esensji)„. Jeszcze chwila i MRW wpadnie na lepszy trop – Katedra podkradła Esensji nie tylko artykuły z zapowiedziami (zresztą dryfnięte w stronę zgaduj-zgadula) ale i inne orginalne autorskie pomysły takie jak pisanie recenzji, czy robienie podsumowań. Wtedy zacznie się WIELKA DRAKA W CHIŃSKIEJ DZIELNICY.

Survival-Siege-Horror

Święta były czasem nadrabiania zaległości filmowych – o ile na książki zawsze znajde czas i miejsce, to filmy oglądam nieregularnie, bo przecież nie będe ich oglądał na komórce, w przeciwieństwie do książek tutaj rozdzielczośc karze się szanować. Poszły więc zaległe nowości jak Batman czy Slumdog ale też takie klasyki jak Atak na posterunek 13. Od tego filmu wzioł zdaje się nazwę polski serial „13 postrunek” który zresztą w swoich początkach miał całkiem fajne nawiązania do klasyki kina. W każdym razie „atak na 13 posterunek” wpisuje się w schemat survival-siege-horroru:

*

1. Bohaterowie różnych ras, płci i światopoglądów (często co najmiej jeden antybohater – najczęściej więzień) dostają się i utykają w jednym miejscu użyteczności publicznej (posterunek policji, kosmiczna baza, supermarket, więzienie, poczta)
2. Następuje pierwszy duży atak gangów/zombich/rewolucjonistów/kosmitów/nazistów
3. Ginie cześc bohaterów ( w tym obowiązkowo ten którego uważaliśmy za najbardziej zorientowanego w sytuacji) – reszta bohaterów łamie lody odkrywając swoje prawdziwe ja (bohaterów i tchórzy – obowiązkowo walka o bycie samcem alfa).
4. Następuje decydujący atak czasem połączony z odsieczą tudzież ucieczką (jeśli nastepuje happy end to tylko dla wybranej najczęsciej 3osobowej grupki bohaterów)

*

I mniej więcej ten model fabuły sprawdzi się wam w masie filmów nieważne czy będzie to Pitch Black czy Assault on Precinct 13. Filmem do którego odnosi się ten schemat jest oczywiście „Noc żywych trupów” George’a Romero który wyznacza kanon tego typu filmów. Jednak trudno oskrażyć Romero że był ojcem dla filmów którego często wyglądają jakby scenariusze generował im jeden program (chociaż taki np Dawn of the Dead był całkiem klawy) – przyczyny tkwią chyba gdzieś głębiej. Weźmy np. taki film polski jak „Wolne Miasto” z 1958 – zobaczycie że powyższy schemat sprawdza się w jakiś 90% – dlatego w powyższym schemacie dopisałem poczte (polską w Wolnym Mieście Gdańsku) i hilterowców. Także śmierć przywódcy i zbieranie się polaków na poczcie przypomina jak żywo mechanizmy losu w survival-horrorach. Idzimy głębiej – Nie-boska Komedia, Krasińskiego, której dwie ostatnie księgi można by gładko zeekranizowac na modłe Romero. Mamy wszystko – rządny krwi lud, okopy Św Trójcy, walki wewnętrzne samych obrońców…

… tylko u nas by to nie przeszło. W USA nikomu nie przeszkadza taki kapitan Ameryka, czyli kretyńsko ubrany gościu z majtkami na spodniach w kolorze i wzorze flagi ( u nas jak nic sprawa z art 137 kodeksu karnego). W Europie między historią a popkulturą jest granica działająca bardziej na zasadzie osmozy niż takiego swobodnego przepływu. Granica nazywana dobrym (?) smakiem. Dlatego zawsze lubię patrzeć jak japończycy implementują do popkultury elementy stricte europejskie, mając mniej niż zerowe poczucie tego dobrego smaku. Wychodzą im księża katoliccy rzucający w nieumarłych krzyżami jak shurikenami. Można się pośmiać (z Hellsinga ale nawet bardziej to z  fanów Hellsinga).

Poszukiwany – W Wehrmachtu albo martwy, czyli Rzeczpospolita Kowbojska (czyli im dłuższy tytuł tym krótsza notka)

Gdybym chciał mieć jakikolwiek wpływ na politykę polską powinien zostać albo dziennikarzem, albo historykiem. To są celebryckie profesje pozwalające przebić się na salony i zagoscić na ustach polityków. Taki Zyzak – nieborak napisał magisterke skonikąd ponoć całkiem niezłą a nie odwalną, i przez kilka stron o plotkach i ploteczkach młodego Wałęsy, skończył zjechany przez starego Wałęse, rząd i szereg zawsze czujnych autorytetów moralnych, do których dołączył drugi chór historycznych rzemieślników. Z jednej strony – zjechanie wybiórcze i nieadekwatne do rozmiarów przewiny, z drugiej strony sam wiedział w co się pakuje i zrobił to na własną odpowiedzialność. Przynajmiej nie będzie miał problemów z sprzedażą swojej książki. Zyzek jednak reprezentuje szerszą figurę jaką daje się zauwazyć – jest to trójklasowiec: historyk/łowca głow/poszukiwacz złota. Ktoś kto z własnej inicjatywy samotnie przemierza preria archiwów, z zamiarem zdobycia tego co chce. Nabiera to szczególnego znaczenia jeśli spójrzymy chociażby na to że nawet od konkretnych głów zaczęto wyznaczac nagrody – jak zawsze na posterunku innowatora kultury politycznej poseł Palikot, który na swoim blogaszczu napisał:

*

ogłaszam, iż historykowi/badaczowi, która dostarczy przekonujące materiały dokumentacyjne (uwiarygodnione kopie), potwierdzające przynależność Aleksandra Kaczyńskiego, dziadka braci Kaczyńskich, do Komunistycznej Partii Polski oraz dokumentujące jego aktywność w KPP, ufunduję nagrodę-honorarium w wysokości 10.000 złotych”

*

III Rzeczpospolita Kowbojska

*

W tym kontekście powyższy plakat wyborczy Solidarności z 1989 nabiera całkiem nowego znaczenia. Dzisaj pozycja politologa przypomina bardziej sprzedawce w sklepie z tytoniem – niby widzi te wszystkie zakazane gęby żujące jego tabake, na codzień a jednak nigdy nie jest centralną czy nawet 2planową postacią żadnego westernu w przeciwieństwie do obowiązkowo właściciela saloonu czy wioskowego głupka. Widac zamiast być łowca głów, trzeba mi odnaleść się w jakimś think-tankowym sklepiku tytoniowym, chociaż polska to takie raczej skromne miasteczko westernowe i sklepiki tytniowe są u nas nie w cenie. Życie obraca się wokół saloonu na ulicy Wiejskiej.

*

Abstrahując od polskiej polityki to motyw westernu+polityki przejawia się tu i uwdzie, czego najlepszym przykładem będzie postać właśnie Ronalda Reagan. W Mrocznej Wieży Kinga, Kennedy również wielokrotnie porównywany jest do rewolwerowca, co świetnie wpisuje się w wielki amerykański mit tego bardzo przeciętnego a nawet słabego prezydenta. Mnie natomiast zaciekawił wątek wpływu, bardziej amerykańskich niż amerykańskie, Spaghetti Westernów na rok 1968 w włoszech. Szczególnie chodzi przejęcie etyki rewolwerowca, jedynego sprawiedliwego walczącego z Tangentopoli. No ale trop się urwał bo źródeł brak.

Symbian, ewolucja i szachy

Gry na telefon to ciekawa kategoria kultury rozrywkowej z kompleksem młodszego brata. Dla mnie osobiście granie na komórce zdarza się raczej umiarkowanie często – komórka jeśli chodzi o rozrywke, to w pierwszym miejscu służby mi do czytania książek (Qreader) ex aequo z słuchaniem muzyki (moja Nokia N91 naprawdę ładnie gra, zwłaszcza że ma wejście na normalne słuchawki). Czasem jednak człowiek nie ma nastroju/sposobności na te wyższe levele kulturalnej penetracji i sięga po takiego WĘŻA, który w swoich niezliczonych inkarnacjach od kilkunastu lat wciaż rozwala się o własny ogon (obecnie agonie WĘŻA zostały przeniesione do trzeciego wymiaru – SNAKES rządzi, szczególnie na planszy w kształcie sześcianu). Generalnie gra taka najlepiej żeby opierała się na jakieś absorbującej ale dośc prostej czynności, była dzielona na wiele leveli z zapisem/autozapisem żeby w każdym momencie można było ją bezstresowo przerwać i nie zobowiązująco do niej powrócić. No i najlepiej by było gdyby wykazała jaką małą dozę progresu a nie cały czas to samo. Niemal ideałem takiej gry jest symbianowe SPORE, które chyba nie ma dużo wspólnego z komputerową wersją i jest autonomiczną produkcją (co się chwali) – fajnie przechodzić kolejne lewel, pożerając glutem inne gluty (pewnie później gluty przemutowują ale jeszcze wszystko przedemną) . Jest normą że obecenie do wielkich produkcji wypuszcza się ich karzełkowatą wersje  na komórki – ale karzełkowatośc karzełkowatości nie równa.  W dodatku większośc telefonoych gier to produkacje znane już od lat – tak na oko obecne komórki mają możliwości komputerów sprzed około dekady – obliczenia dokonałem gdy zobaczyłem symbianowego Quaka, i to nie gra-karzełka ale QUAKA.  No i czasem zdarzają się prawdziwe samoistne perełki -jak chociażby SPACE IMPACT, – niby zwykły kosmiczny shooter a jednak dbałość o szczegóły i potraktowanie gry nie po mocoszemu powoduje, że z chęcią zagrałbym w to na kompie. W najbliższym czasie zamierzam jeszcze sprawdzić komórkowego Prince of  Persia robionego na podstawie najnowszej częsci gry. Ot taki mały killing spree mający na celu wyłonienie żelaznego kanonu gier jakie będe trzymał na swoim telefonie.

*

*

I naprawdę jak siedzę sobie niemal codziennie w pociągu i patrze na te wszystkie gęby rodaków bez śladowych objawów inteligencji, tracących całe godziny w dniu (przelicz to na lata i całe życie)  na gapienie się przez okno pociągu którę oglądali srylion razy, to naprawdę, reka na twarz, słuchawki z telefonową muzyką na uszy i wykonuje ruch w chessmasterze, na który zaraz odpowiada mi mój telefon, zazwyczaj kopiąc mi tyłek (no, ale wysoki poziom). Ludzie, obecne telefonu to prawdziwe kombajny kulturowe, ogarnijcie się i zacznijcie z nich korzystać a nie ani be ani me ani kukuryku.

Wróg mojego wroga

Prehistoryczną formalnością jest wpis do indeksu – a kiedyś będą wspominać nasze roczniki jako brakujące ogniwa między indeksami papierowymi a elektronicznymi, czyli tych, którzy nie dość, że musieli latać za wykładowcami i stać kolejkami w ciemnych korytarzach czekając na wpis to w dodatku USOS robił im zabawne figielki typu 2godzinny lag przy rejestracjach elektronicznych. W każdym bądź razie przy swoim ostatnim wpisie w tej sesji został mi polecany film Walkiria – rzecz o tyle warta wspomnienia, że doktor (polecam wszystkie jego fakultety i seminaria studentom UW) prowadził właśnie zajęcia z granic popkultury, historii i socjologii, i generalnie pochwalił ten film, że nie zrobiono tu Hollywoodzkiej sieczki. I tak mnie zastanowiło-, na czym polega myśl przewodnia tego filmu, którą można uchwycić nawet go nie oglądając a znając tylko z trailerów i plakatów? To gra na oksymoronie – oto DOBRY NIEMIEC. Niemcołaków, szwambirów, teutońskich robocopów mieliśmy już do znudzenia – więc teraz czas pokazać dobrego niemca – próba o tyle karkołomna, że sami twórcy przyznali nie-wprost, że nie mieli, z czego wybierać- Stauffenberg, jaki był każdy (posiadacz google) widzi. Większość realnej opozycji wobec Hitlera to właśnie kręgi konserwatywno-nacjonalistyczne – gdyby taki Stauffenberg żył dzisiaj to byłby w UE zapewne nazywany faszystą i traktowany podobnie jak Jörg Haider. No, ale że zrobił zamach na Hitlera to prezentuje się go jako tego „naszego”. Identyczny chwyt zastosowany w „Oporze” gdzie zaprezentowano sylwetkę WOJOWNICZEGO ŻYDA – skoro większość Żydów zginęła przez swoją karność i pacyfizm to mściciel bez napletka tym bardziej jest w cenie. Swoją drogą Daniel Craig z swoją typowo semicką urodą już drugi raz wciela się w taką rolę- w „Monachium” świetnie odegrał zimnokrwistego Aszkenazyjczyka. Ale przemiana żydów w Żydów to kwestia na inny temat. Na Pardonie ostatnio pojawiał się ciekawy artykuł Paweła Rybickiego o polskich szpiegach (pani szpieg Krystyna Skarbek poniżej – moar), gdzie znalazłem fajny fragment: „Reżyser Jerzy Stefan Stawiński chciał nakręcić film na podstawie wspomnień bohatera (Kazimierza Leskiego). Jednakże nikt nie był zainteresowany wyłożeniem pieniędzy na ten projekt.” – no bo gdzie tu chwytliwy oksymoron w wyrazie POLAK-BOHATER? Jak się krzyżuje siebie od wieków to później próżno oczekiwać od ludzi, że zareagują autentycznym WOW.

*

*

Ps – Ww. filmy mam zamiar obejrzyć niebawem zaraz przed premierą „Bękartów Wojny” organizując sobie minimaraton. Mam nadzieje film dr Tarantino będzie skuteczną odtrutką na bohateryzm tychże produkcji.

Łart

Wczoraj dodałem na DeviantArta swoją ostatnią ilustracje – inspirowaną Dukajowskim „Lodem”. Ostatnią w sensie ostatnio robioną ale zastanawiam się czy też nie ostatnią – w ogóle. Sensowność bytowania na tym serwisie stoi u mnie pod znakiem zapytania,  od momentu kiedy w październiku zeszłego roku wrzuciłem szkic ww. pracki na DA i poprosiłem o wszelkie rady – i oczywiście otrzymałem garść złotych wskazówek spod znaku „BARDZO ŁADNIE!„. Taaa. Dopiero niedawno skomentowano mi rysunek zgodnie z prośbą – zasugerowano co jest nie tak, jak rozwinąć cienie itp – stąd poszedł impuls żeby kurzącą się już prace odnaleźć i dokończyć. Główny paradoks polega na tym dla osób które tak jak ja, które ostatnią plastyke miały w gimnazjum, rysują mało to każda konkretna (bezpłatna – patrz akapit niżej) wskazówka jest naprawdę cenna – niestety przez to że rysujemy mało i bardzo amatorską techniką, mamy mało odwiedzających, bardzo mało komentarzy i niemal nie mamy rad – dlatego szczególnie wątpię w wartość edukacyjną tego portalu. Może mam złe założenie ale z takim podejściem rejestrowałem się tam – tymczasem praktyka wykazała że jest to raczej codzienny festiwal włażenia sobie nawzajem w dupę, gdzie każdy każdemu słodzi, favorki rozdaje się znajomym albo wannehave znajomym. Dołożymy do tego kwestie deviantarta jako ojczyzny mangowych z całego świata oraz to że grafika w przeciwieństwie do tekstu jest bardzo uniwersalnym środkiem komunikacji – stąd uskuteczniona komunikacja obrazkowa z zagraniczniakami, na poziomie de facto – obrazkowym. Między innymi właśnie, dlatego robię zwrot na Digiart – od niedawna tam lurkuje, ale to wystarczy żeby zobaczyć, że komunikacja stoi na wyższym poziomie niż „1. nice pic 2. thanks for the fav”.

*

*

Krótka refleksja ad tworzenia własnej palety zainteresowań – trzeba wszystko przeliczyć. Rysunkiem interesuję się z tego powodu, że jest to tanie zainteresowanie, a jednocześnie bardziej wymagające niż na przykład fotografia. W przypadku tej ostatniej to słuszna jest teza, że to najbardziej demokratyczna z sztuk – teraz KAŻDY, kto ma cyfrówkę stara się realizować artystycznie. I faktycznie, jeśli aparat jest dobry to niewiele trzeba – tutaj przodują wszelakie zoom-fotki kwiatków i oczu. Ja bym sobie może nawet porobił zdjęcia kwiatków – ale fundusze wolę przeznaczyć na rozbudowę inwentarza muzycznego, a mój aparat właściwie służy mi głównie do robienia fotek na allegro oraz skanów rysunków (nie ma to jak przedsiębiorczość). Z ekonomią hobby jest trochę jak z rozdawaniem cech w RPG – ograniczony zasób punktów/kropek, więc trzeba tak kombinować przy rozdaniu mając na uwadze różne synergię, combosy i tak dalej. Oczywiście najbardziej liczy się radość z robienia tego czy tamtego i niezawodny zmysł frajdy powinien nas kierować – skąd jednak mogę wiedzieć czy moją uberfrajdą nie byłoby pływanie własnym jachtem po Oceanii? Ile genialnych muzyków o słuchu absolutnym i małpiej zręczności codziennie ginie bez śladu tylko, dlatego że nigdy nie dano im było sięgnąć po dany instrument? Byt określa świadomość? Kiedyś zastanawiałem się, dlaczego np. taka Finlandia mimo mniejszej liczby ludności promienieje swoją popkulturą dalece dalej niż Polska – może rozchodzi się właśnie o PKB. Z drugiej strony jak się to ma do najbardziej rewolucyjnego gatunku muzycznego, wymyślonego półtorej wieku temu na bagnach Missisipi – bluesa? Materialne uwarunkowania powstawania kultury to ciekawa sprawa – i temat na pracę magisterską – szkoda że średnio z mojej dziedziny.

Buntownik z wyboru

Wczoraj leciał w TV „Buntownik z Wyboru” („Good Will Hunting”) z Mattem Damonem i Benem Affleckiem. W sumie to lubię ich jako aktorów i jako obiekt żartów, których wydaje mi się jest nieproporcjonalnie sporo (Jimmy Kimmel w tej kategorii PRZODUJE – chociaż osobiście to największą bęke mam po dyskusji z bratem że najlepsza rehabilitacja Afflecka za „Pearl Harbor” to   dialog trupa w genialnym „Smokin’Aces”). Lubię ich też jako kumpli Kevina Smitha. Ale tutaj chodzi o scenariusz jaki napisali do „Buntownika…” i za jaki dostali oskara. Jak wiemy Will Hunting jest w tym obrazie zbuntowanym geniuszem matematyki, którego potencjał ujawnia się wtedy gdy pracując na Uniwersytecie jako sprzątacz (praca przydzielona przez kuratora) rozwiązuje zadanie wiszące na korytarzu w ramach konkursu dla studentów. Jak obejrzałem ten film pierwszy raz to uznałem coś takiego za fajną bo fajną ale fikcje – bo żeby być geniuszem w w takiej dziedzinie trzeba by metodycznej pracy, lat ćwiczeń itp

*

Nic bardziej mylnego – dzieki takiemu czemuś można zostać porządnym matematykiem, ale nie matematyczym geniuszem – tak mam po przeczytaniu „Wybrańcy bogów: Powieść o życiu Ewarysta Galois”, polskiego słynnego fizyka (współpracownika Einsteina) Leopolda Infelda. Sam autor to ciekawa postać – polecam wikinotkę. Ewaryst Galois, żył w ciekawych czasach (Francja: 1811- 1832) i będąc w liceum dorwał się niemalże przypadkiem do podręcznika matematyki który przeczytał jednym tchem – i odrazu opanował. W wieku 16 lat sformułował własne twierdzenia które były przełomowe dla matematyki XIX wieku – doceniono jest kilkanaście lat po jego śmierci dopiero. Dwa razy oblano go przy egzaminiem wstepnym na Paryską Politechnike (warto dodac że ten typ szkoły został stworzony właśnie w francji za Napoleona – m.i. ku wspomaganiu wojska). Teraz znowu mam skojarzenie z niedawno obadanym wywiadem z gitarzystą (Luc Lemay) i basistą (Steve Cloutier) zespołu Gorguts gdzie Luc mówi że pierwsze co zrobił po skończeniu szkoły muzycznej to starał się zapomnieć co mu wbijano do głowy – między innymi dlatego muzyka Gorguts jest tak zajebiście niepowtarzalna i inna. Kiedyś słyszałem teorie że to dlatego że w francuskojęzycznym Quebec (z którego wywodzi się wspominanty już Voivod) słuchano francuskich audycji radiowych które dużo cześciej nadawały progrocka niż angielskie stacje.

*

Ale wracając do Galoisa – jego pracę z przełomowymi odkryciami przyjmowano jako niezrozumiałe (podobno istotnie takie były – to co było oczywiście dla geniusza dla innych było niejasne). Co więcej był buntownikiem z krwi i kości – udzialał się w Towarzystwie Przyjaciół Ludu, bywał w więzieniach – jego najbardziej pamiętnym osiągnięciem był jednak toast na cześc Króla (Ludwika Filipa) z sztyletem przy kielichy co miało dośc jednoznaczną wymowę. Tak jak Will Hunting z „Buntownika z wyboru” został przez kobiete ocalony przed swoją osobista skłonnoscią do autodestrukcji, tak Galois został z powodu kobiety zabity – w czasie pojedynku. Śmierć była o tyle dziwna że znaleziono go dogorywającego i samotnego – jego sekundanci znikneli. Do dziś nie wiadomo czy rzeczywiście był to pojedynek czy ścisle przygotowany zamach – w posłowiu „Wybrańców Bogów” syn autora, Eryk Infeld (notabene – szef w tak mi bliskim [dosłownie] IBJ-cie), przytacza i ocenia różne teorie – świadczący o zamachu policji francuskiej, kolegów Galoisa z Towrzystwa Przyjaciół Ludu a nawet… samego Galoisa który chciał przez swoją śmierć wzniecić zamieszki w Paryżu. Autodestrukcyjny zbuntowany geniusz – nawet jeśli nie jest to najprawdopodobniejsza wersja to napewno najbardziej… filmowa.

*

Sam jestem zaskoczony tą notką za którą zabrałem się od niechcenia „bo blog się kurzy” a w ramach pisania wyszedło mi filmowe-historyczne-ksiązkowe-muzyczne-wyziewowe podsumowanie tygodnia. Na koniec, now playing czyli własnie Gorgutsi, których teraz, po długim czasie niesłuchania odkrywam na nowo – wczesniej słuchałem ich jako kolejny techniczny death metal (dziś śmieje się z swojej dawnej fazy na ten gatunek), teraz jakoś bardziej uderza mnie ich wyjątkowość (bas+akordy=zło):

Czasowstrzymywacz

Na ciągłe wypadanie z czasu cierpiał Billy Pilgrim, bohater Rzeźni nr 5, Vonneguta.  I ja też miewam takie zajawki, szczególnie jak przychodzi do wszelakich podsumowań roku  czy innych toptenów. Dlatego między innymi nie wziołem udziału w katedralnym podsumowaniu literackim 2008 –  po pierwsze do wszelakich podsumowań zawsze podchodzę bardzo pieczołowicze i długo waże ocenę, unikając przedstawiania jej w formie listy czy oceny numerkowej. Po drugie, zawsze dystansuje się od teraźniejszości i eksloruje bliższe czy dalsze przeszłości, czasem dosłownie „wypadając” i egzystując w naprawdę seryjnie odmiennej epoce.  Takimi miejscami latarniami beda przykładowo muzycznie przełom lat 60/70 czy 80/90 (jeśli zachodzi jakas cyklicznośc to być może stoimi u progu przełomu – może 2012? ).  Wypadnięcie z czasu ma tą zaletę że jest aktem jednostkowym zasadzającym się na ciekawości – tymczasem teraźniejszość łacząc pod swoimi skrzydłami tworzy swoistego rodzaju ciśnienie. Ciśnienie te ma wiele nazw, ale zawsze jest to mieszanka mody, aktualnej obyczajowości, pragnienia nowości  – jednym słowem czynników zewnętrznych. Między innymi dlatego nie pale się do płynięcia na fali, co przekłada się na małą ilośc przeczytanych nowości, co przekłada się na mniemanie o nieszczególnej kompetencji własnej do robienia podsumowań i w rezultacie zaniechaniu akcji.

*

Za to popełniłem artykuł ochrzszczony przemądrze jako List do łozinożerców, który właśnie jest takim tripem w przeszłość, przez co w ogóle zostałem posądzony o chęć odgrzewania flejma.  Teraz widze że trochę źle zaczełem, jadąc z Łozinem już od tytułu, bo wiele osob widząc słowo-klucz-feromon, w ramach oszczędności czasu, darowało sobie lekture i zachowało się zgodnie z schematem „o Łozinski! no to słówkowy flejm” .  A ja starałem się właśnie nie tyle tłumacza rozstrząsać co właśnie tłumaczożerców, czyli coś co wyklarowało się jako pewna szeroka grupa już po pierwszych flejmach o translacje. Łozinożerców cechuje właśnie to że na ślepo przyjmują chwytają każdy argument już istniejący (czyli wyklarowany najczesciej przez jakiegoś jednostkowego krytyka) przeciw Łozińskiemu, nastepnie nieważne od jego  jakości, pompują go jak tylko się da. Dodając jeszcze ku temu swoiste ozdobniki okołodyskusyjne –  przykładem jakiego ostatecznie nie zamieściłem w artykule jest genialny link: www.tolkien.com.pl/lozinski_sux00.html – tak, chodzi o sam link. W sumie powinnem zacząć od środka i najpierw pobiadolić nad kondycją polskiej fantastyki przedstawiając mimochodem Łozińskiego jako Bogu ducha winnego ale jednak niewłaściwego człowieka w niewłaściwym miejscu. Ale chyba większym problemem jest tutaj miejsce i czas niż sam Łoziński. Ale jednak moja prognoza (wypadamy w przyszłość) jest optymistyczna – z czasem tłumaczenie Łozińskiego przestanie wywoływać aż taki szok kulturowy, zwłaszcza że nastepuje rotacja pokoleń. Łozinożerstwo przestanie być dyktowaną teraźniejsznie modą,  a a krasnolud będzie naturalnie ewoluował w stronę formy krzatowej, poprzez zaginone a odnalezione przez graczy RPG zaginione ogniowo- krasia.

Thrash^3

Dzisiaj z braku laku, notka muzyczna, a właściwie zestawienie na zasadzie skojarzeń:
– trzy płyty, trzech różnych zespołów liczących po trzech muzyków każdy.
– wszystkie wyrosłe z stylistyki thrash metalowej,
– mimo agresji mające dośc niethrashowe, zimne, psychodeliczne oblicze
– stąd wynika kontrowersyjność tych wydawnictw i ich stosunkowa niepopularność w szerszym gronie metaluchów
– motywem okładki każdej z tych płyt jest twarz, ujęta w ramach jednego koloru.

*

Zgodnie z chronologią pierwszą płytą będzie „Complicated Mind” japońskiego zespołu Doom (nie mylić z brytyjskimi crustowcami o tej samej nazwie). Gdy obadałem ich po raz pierwszy obrazu nasunęło się pytanie – czemu dopiero teraz, gdzie byliście przez te wszystkie lata? Właściwie reprezentują sobą wszystko to co lubię w muzyce, i robią to w swoim własnym stylu dlatego nazywanie ich japońskim Voivodem to raczej na zachętę niż jako szczery desygnat. Składa się na to kilka rzeczy: przede wszystkim będzie to basista Koh Morota czyniący wielkie zło na swoim fretlessie. Warto porównać ówczesnego Morotę do ówczesnego Steva Digiorgio (Sadus, Death) – uważam że porównanie zachodzi na korzyść zupełnie nieznanego dziś Moroty. Drugim czynnikiem będzie gitarzysta/wokalista Takashi „Taka” Fujita – tutaj pominę bardzo fajny styl gry (dziwne akordy, dużo ‚zgrzytów’) i zwrócę uwagę na solówki gitarowe – Fujita jest mistrzem wolnych, bardzo psychodelicznych solówek. To co również zaskakuje w tym albumie to niestandardowe taktowanie wielu fragmentów – coś co Meshuggah zinstycjonalizuje dopiero za kilka lat. Generalnie na temat Doom mógłbym gadać dłuugo – naprawdę nie jestem w stanie pojąc jak tak przełomowa na swoje czasy (1988!), pełna niekonwencjonalnych pomysłów, przmieszanych z dobrym rockiem, a nie tylko patrz-jaka-szybka-solówka, jest dzisiaj praktycznie zapomniana. Próbka:  Complicated Mind

*

Drugą płyta będzie „Grin” Coronera, ich ostatni album z 1993 roku. Polecam wywiad z ich basistą/wokalistą Ronem „Royce” Broderem – wyraźnie mówi tam że jeszcze na długo przed ostatnim albumem wiedział że muzyka Coronera nie jest drogą do wypłnięcia na szerokie wody, a Grin mimo to jeszcze bardziej alienował Coronera od swojej bazy fanów. Neoklasyczne solówki i gitarowe gonitwy znane z początków zespołu, i wystepujące na poprzednich płytach tu znikły niemal całkowicie – Tommy Vetterli skoncetrował się na nadaniu swojej gitarze konkretnego acetycznego brzmienia, tam gdzie potrzeba udziwniając brzmienie efektami. Wolniejsze tempo znalazło swoje przełożenie w ponurych riffach. Zmieniło się brzmienie basu – całkowicie schowany na górze bardziej ciągnie do dołu, hipnotycznie pulsując. Sam śpiew Royca nie zmienił się az tak bardzo – wciaż mamy tutaj do czynienia z szorstkim wykrzykiwaniem/gadaniem – tutaj jeszcze bardziej przesyconym swoistym ponuractwem. Perkusja czasem gra jakiś zakręcony rytm, innym razem przybija monotonią i prostotą (końcówka tytułowego kawałka). Dołożyć do tego trzeba małe eksrymenty z elektroniką, jazzem („Host”), ścieżkami wokalnymi (pojawiają się kobiece wokalizny) – i mamy do czynienia z jednym z najlepszych albumów lat 90, o niepowtarzalnym klimacie buntu, nihilizmu, złości. Totalnie niezrozumianym.  Próbka:  Grin (Nails hurts)

*

W końcu „Phobos” z 1997 Voivoda, gdzie Piggy objawił światu całośc swojego gitarowego geniuszu. Nagrany w składzie trzyosobowym z Eric Forrest za mikrofonem i basem i Awayem tradycyjnym perkusistą i rysownikiem zespołu (któremu zawdzięczmy tą dziwną, przerązająca i wspaniałą w swoim bezguściu okładke). Właściwie jest to płyta po której Voivod mógłby się rozpaść, bo już chyba wszystko co mogli osiągnać tu osiągneli. Piggy zarówno industrialne zniszczenie („Mercury”, „Rise” „N-Body”)jak i kreśli swoją gitarą jakieś przedziwne pejzaże, czego chyba najlepszym przykładem jest motyw główny „Bacterii” czy wolnych ciarkujących motywów w wielu kawałkach („Bacteria”, „Tower”, „Neutrino”). Jako wypełaczy mamy industrialne potworki w stylu Catalepsy. Do tego Eric świetnie udaje wokal Snake’a (które w swojej punkowej formie świetnie oddawały zagubienie i dezorientacje) ale w zasadzie do głównie drze mordę, podkreslając negatywny przekaz albumu. Zresztą jego bas to też tradycyjnie voivodowy twardy kostkowany nieco szklisty i przesterowany rzeźnik, bardzo różne jeśli porównać go z tym co wyżej opisywałem przy okazji albumów Doom i Coronera. Phobos jest chyba najbardziej ekstermalnym albumem z tego wymienionej trójki – co wcale nie przełożyło się na jej wyższe uznanie, i docenienie tego jak bardzo elastycznym w swojej kosmiczno-industrialnej stylistyce potrafił być Voivod jadący na geniuszu Piggego. Próbka – autentyczny klip (acz jest to wersja skrócona tego kawałka) promujący album – Tower

*

To tyle tej notki. Wymieniłem trzy albumy które niesamowicie cenie, a które standardowo są albo niedocenianie albo totalnie nieznane. Oprócz tego co napisałem na początku, łączy je przede wszystkim innowacyjność – każdy z tych zespołów próbował nagrać coś swojego, uwolnić się z czerstwej już thrashowej formuły. To zaskakujące jak często ludzie pragnący podążyć swoją drogą, niezależnie od siebie i tak spotykają się w jednym punkcie.

Kulawi Czarodziejowie

*

Ten rodzaj skojarzenia ma znamiona iluminacji – odkrycie bardzo ścisłej analogii wprowadza człowieka w ten fajny stan satysfakcji gdzie już nie tylko logika decyduje ale przede wszystkim estetyka tej logiki. Poczucie ‚hej, to do siebie pasuje’ bez potrzeby żadnego naciągania, bez żadnego zgrzytu. Tak właśnie miałem po obejrzeniu I sezonu House M.D. gdy coś zaskoczyło, nie bez związku z tym pewnie że równoległe poszerzałem swoje informacje na temat uwarunkowań politycznych przełomu XVIII i XIX wieku, w czym niemały udział miał biskup T. Oczywistość analogii tych dwóch jednostek od razu sprowokowała moje google – a tam nic i nic, po wielokrotnych próbach szukań (tak, próbowałem ominąć wieloznaczność House na różne sposoby). Dlatego postanowiłem strzelić o tym notkę bo chyba pierwszy prawdopodobnie poza scenarzystą wpadłem na to:

*

Porównanie te przebiega równoległe na wielu płaszczyznach – zaczniemy od czysto somatycznej. Zarówno bp Charles-Maurice de Talleyrand jak i dr Gregory House mocno kuleją (dla wygody piszę w czasie teraźniejszym). Byłby to tylko przyjemny smaczek w całej analogii gdyby nie jedno – oboje w związku z swoją nogą cierpią wielki ból fizyczny, co przekłada się od razu na ich uwarunkowania psychiczne. Najsłynniejszy nickname Talleyranda zaraz obok „Gówna w pończochach” to właśnie „kulawy Diabeł”. Sam diabeł praktycznie nigdy nie okazywał bólu, ale wspomnieniach jego zmiennych towarzyszy czasami pojawia się napomknienie o „niewyobrażalnych cierpieniach”. Pewna różnica wynika z charakteru urazu – T. nabawił go się w wczesnym dzieciństwie kiedy jako dziecko wypadł z kołyski, H. wiadomo jak (a jak nie wiadomo to marsz oglądać pierwszy sezon żeby docenić tą notkę).

*

Kolejna kwestia to wyznawane poglądy; oboje są makiawelistami do szpiku kości. Konikiem, celowoscią, manią – virtù jednego jest uzdrawianie, drugiego władza – oboje toczą tą walkę wykorzystując wszelkie chwyty, manipulując swoimi sojusznikami i wrogami dla osiągnięcia celu, spowiadając się z swoich planów w ostateczności. Naginają, obchodzą i lekceważą zasady – chyba że są im potrzebne. Są umiejętnymi tkaczami iluzji znającymi ich realną siłę. Cytując Armand Caulaincourt, ambasadora francuskiego w Mokswie (1807-1812): „Zaistniałem na scenie w postaci kukiełki, której kulawy czarodziej z byle powodu każe powtarzać: ‚Pokój daje szczęście narodom’. „. Podejście takie cechuje obu kulawych czarodzeji. Można by zauważyć że T. był bardziej lizusowski niż House który zachowuje się ciągle jak drzazga – myśle że również wynika to z pewnej kalkulacji – otóż Telleyrand dostep do swojego virtù mógł zatracić dużo łatwiej niż House, stąd był dużo ostrożniejszy. A i sam House potrafił grzecznie prosić jeśli rozchodziło się o jego virtù czyli uleczenie danego przypadku (np. kwestia załatwiania serca do przeszczepu przed komisja, chyba już z drugiego sezonu).

*

No i wreszcie osobowość – obaj w swoich środowiskach znani są w roli ‚wujka ciętej riposty’ – wystarczy przejrzeć strony z cytatami – od tych Housa jak i tych Talleyranda, net kipi. I istnie nie odbiegają stylem ani poziom- szalenie inteligetne, dostosowane do sytuacji przewrotne uwagi. Również z tego powodu obaj swoim stylem budzą dwa ambiwalentne uczucia naraz: podziw i zgorszenie. Działa to w specyficzny sposób na kobiety które dla T. były jednym z kanałów prowadzenia swoich politycznych rozgrywek i trochę tak jest u Housa – łaskawy stosunek Cuddy do niego też charakteryzuje się dozą erotyzmu czy dalszego stopnia uznania (świetnie pokazana (nie zwerbalizowana!) scena gdy Cuddy rozważa Housa jako biologicznego ojca swojego dziecka). I podobnie działa na ich wrogów, na których brak oboje nie narzekają.

*

Właściwie nakreśliłem główne zbieżności, choć podejrzewam że analogie można by prowadzić jeszcze i jeszcze dalej. Samo ujęcie Housa i Talleyranda w kategoriach myśli Machiavelliego w oparciu o źródła i cytaty byłoby fajną rozkimką i przeczuwam że tutaj można by znaleźć różnice. Ale że nie przeczytałem niestety żadnej biografii T. ani nie obejrzałem House poza 2 sezonami (jeszcze nie było jump-the-sharka), to odpuszczam sobie. Nawiązując do pierwszego akapitu – być może nawet sam scenarzysta nie wpadł na to że powiela pewien archetyp funkcjonujący w kulturze, ale zrobił to z precyzją kserokopiarki. Warto mieć oko na tego typu kulturowe relacje – chociażby dla wspomnianego wyżej uczucia estetyki wynikania.