Space! Lord! Mother! Fucker!

…czyli relacja z ubiegło tygodniowego koncertu Monster Magnet w Polsce.

Dotarłem do Stodoły w połowie krótkiego półgodzinnego występu PILGRIM FATHERS (wcześniej coś mi się pomieszało i myślałem, że nazywają się Pilgrim Feathers – whatever). Stąd nie wiem czy to był jakiś zamierzony ruch, ale ostatnie kawałki brzmiały jak papka gdzie gitara i bas i dźwięki towarzyszące zlewały się w pulchną miękką ścianę dźwięku. Wstrzymuje się od głosu, zwłaszcza że to, co badałem na ich myspace prezentowało się serio lepiej. W każdym razie wyglądali fajnie – taka rockowa bohema rozwalona na scenie. A miejscami niesamowicie.

Piwny break i… NEBULA dała bardzo solidny występ, przy bardzo klarownym i precyzyjnym brzmieniu każdego z składników power trio. Później pojawiło się wiele opinii, że to był faktyczny występ wieczoru – pewnie dla fanów Nebuli owszem. Ja bawiłem się świetnie przy takich kawałkach jak Giant czy So it Goes, ale jednak gdzieś w perspektywie miałem, że to jeszcze nie to. Panowie wprowadzili mnie świetnie w stonerowy nastrój, ale nie był to totalny wypad poza układ słoneczny, jaki miał nadejść, być może wynika to z tego, że Nabula=Glass i wszystko w ich graniu (łącznie z wokalem Glassa) podporządkowane jest gitarze elektrycznej, która ma przytłoczyć swoim przerockowym brzmieniem. Dlatego chyba ten zespół zawsze będę bardzo lubił, ale nie będę go wielbił – za mało tu takiej artystycznej kombinatoryki i różnorodności, jaka cechuje właśnie przykładowo, Magnetów. A przecież Monster Magnet to de facto też zespół jednego człowieka. Ale wielką frajdą była Nebula na żywo, dlatego jeszcze raz, powtórzę się, bo co tu dodawać – Nebula dała bardzo solidny występ.

Później nastąpiło długie rozkładanie się gwiazdy wieczoru, chyba z 45 minut. Tym razem tylko jedno piwko i koczowanie koło sceny, czytając ebooka (Metropolita – Williamsa) na komórce – I końcu wejście, MONSTER MAGNET– Wyndorf wyglądał bardzo zwyczajnie – żadnych skórzanych spodni i półnagich lasek z klipów wokół tez nie było. Za to spasł się trochę – chyba efekt odstawienia drągów. Ot facet w polarze z gitarą. Zresztą w jego przypadku, tak jak np. u Elvisa gitara to bardziej atrybut sceniczny niż instrument. Cały czas miałem przeczucie, że wziął ją tylko po to żeby w którymś kawałku ją rozwalić na kawałki. Zaczeli sztandarowem Dopes to Infinity, a później polecieli z takimi przebojami jak Crop Circle, Powertrip i Twin Earth. Zwykły facet w polerze stał się manifestacją wielkiego boga rock’n’rolla. Początek koncertu pamiętam jako jedną wielką euforie – dużo skakania, śpiewania razem z zespołem, machania baniakiem. Później trochę ogarnąłem się zresztą by i przyszła taka pora bo zaczeli grać balladowy Zodiac Lung. Wyndorf jest bezsprzecznie świetnym wokalistą – bo w 100% naturalnym. Oczywiście towarzyszyły mu też pogłosy, echa, ale to specyfika tego gatunku muzyki. Natomiast sam głos jest nie do pomylenia. Także cała gama zachowań scenicznych, gestykulacji, uśmiechów – widać, że facet jest w swoim koncertowym żywiole. Ed Mundell (blondas) ma raczej temperament flegmatyka i chyba, dlatego się w tym zespole tyle uchował obok Wyndorfa – w każdym razie nieźle czarował gitarą niesamowicie. Podczas gdy Jim Baglino, (basista MM od 4 lat) nieźle sobie poczynał, podrzucając swoją gitarą czy „dźgając” nią publiczność. Bardzo ucieszył mnie cover Hawkwinda a właściwie Roberta Calverta – niestety jego wykonanie wyszło trochę mniej energetycznie niż wersja albumowa, ale to już chyba kwestia innego brzmienia sekcji rytmicznej. Brainstorm bardziej by mnie ujarał pewnie. Nie zabrakło przewyjekosmiwarjackiego Negasonic Teenage Warhead (klikać, bo to jedny sensowny zapis koncertu na YT)! Przed zejściem z sceny poleciał Space Lord z chóralnym nieocenzurowanym (jak na albumie) SPACE! LORD! MOTHER! FUCKER! śpiewanym przez wszystkich – czad. Ale to nie wszystko – był jeszcze dłuuuugi bis z epickiem Spine of God na koniec, które ‚popłynęło’ tak, że Wyndrof zaśpiewał w pewnym momencie kultowy refren z American Pie. W tle wizualizacje z starych amerykańskich komiksów świetnie wpasowane w klimat całości.

Tak z ogólnych refleksji to chyba najbardziej nienasyciła mnie setlista. Wiadomo Monster Magnet ma tyleee kawałków, że nie dałoby się wyłonić tych najnajnaj żeby wszyscy byli szczęśliwi – ale chyba Tractora mogliby sobie darować żeby ustapić miejsca…. A gdzie Superjudge?! I przede wszystkim – gdzie kawałki z rewelacyjnego 4-Way Diablo, które podobno promowali tą trasą? Był to mój pierwszy koncert tego zespołu, ale już wiem, że musze być na następnym, jeśli tylko będę miał okazje. Z dwóch powodów – żeby usłyszeć kawałki, które słyszałem i żeby usłyszeć kawałków, których nie słyszałem. Przekonywująca motywacja? I może następnym razem, Wyndorf rozwali tą gitarę. ; )

Ps – cześc fotografii zalikowałem z bloga Fotoamatorszczyzna, a plakat w środku fotki to już samodzielnie ukradłem sprzed BUWu i właśnie go oprawiam. ; )

2 Comments

  1. Mc Drun
    Posted Listopad 24, 2008 at 3:27 pm | Permalink

    Tia, jak juz przeczytalem o koncercie (bo sluchalem „pod wplywem”) to zaczalem sie zastanawiac czy zmywarka jest naprawde tak wazna rzecz w zyciu (z pralki jednak nie zrezygnuje)?

    Szkoda, ze sie nie „zastawilem” i nie poszedlem z U na koncert. Coz pozostaje rozkoszowac sie zajefajnym 4-way Diablo i wiazanka starszych chiciorow.
    Tym bardziej rosnie we mnie determninacja aby udac sie na Natasow jesli w najblizszym czasie beda w Berlinie lub szarpnac sie na marzenie i stanac pod scena glowna ROADBURN’09 (ma grac Motorpsycho oraz jak zwykle smietanka stonerowa).
    Ech tam, zobaczy siem.

  2. Uak
    Posted Listopad 24, 2008 at 5:49 pm | Permalink

    A ci Natasi to 12 grudnia jak zapowiadałaś na forum, tak? Korcąca opcja, ale do portfelja nie przystająca.

    Ps. ten link do Viagry napewno podbije mnie w rankingu google.