LAIBACH, JUNO REACTOR Warszawa 10.12.2009 Palladium

I stał się Laibach. Znałem setliste poprzednich koncertów na tej trasie i bałem się że koncert rozpadnie się na trzy niespójne części – nowe aranżacje lat 80, Volk i WAT. Zagrano to tymczasem bardzo spójnie, przy czym nowe aranżacje mnie kupiły w całości, Volk ucieszył bardzo (ale brakowało Yisra’el i Rossiya), a WATowskie nieco rozczarowały. Może dlatego że na postWatowskich koncertach Laibach miał na składzie żywego basmena i gitarula – tutaj oprócz perkusji były tylko trzy syntezatory. Np prosty bit „Tanz mit Laibach” brzmiał sporo mniejmocniej na tylko li żywej perkusji bez asysty basu. Natomiast nowy „Brat Moj” ścisnął wnętrzności totalnie, gdzie na bazie ascetycznej marginalnej bazy dorobiono całkowicie nową elektroniczną przestrzeń i zabierający powietrze z płuc finał. „Drzava” doczekała się już bardziej energetycznej przeróbki, choć nie osłabiającej jego totalnej wymowy – a darcie się na zgromadzonych przez megafon robiło swoje. Przed koncertem narzekałem na to że jestem głodny bo zjadłem tylko piwo (za 10 zł, dzięki Marta za wybitną lokacje) ale po tym już nie było mowy o jakimkolwiek głodzie. Warto czekać na album na którym zostanie to wydane.  Z repertuaru  Volk olbrzymie wrażenie zrobiła Francia, nie bez udziału wizualizacji, która jest genialna o tyle że ujmuje swoją prostota i klarownością, i jest dużo lepszym tłem niż klip w stylistyce MTV do „Anglii„. I i Slovania na bis, wykonana identycznie jak na klipie, tylko że bardziej bezpośrednio,dosadnie. WSZECHPRZESTRZEŃ I OGROMNA SIŁA WIELKICH NADMOCY. Można się zgodzić z Žižekem (odsyłam do tekstu z Krytyki Politycznej) że Laibach jest pytaniem prowokującym popędy których odbiorca u siebie nie znał.

***

***

Juno Reactor mnie zaskoczył. Byłem nastawiony na skonsumowanie ich jako przystawki/ciekawostki do dania głównego, tymczasem wystąpili po Laibachu i utrzymali całkowicie poziom choć w konwencji innej bajki. Występowali mając na składzie na składzie niejakiego Sugizo, to jest gwiazdę j-rocka z którego groupies polewaliśmy się trochę przed koncertem. Początkowe perkusyjno-plemienne intro połączone wraz z akustycznym ogrywaniem skal przez kitajca (pozdro Tixon i chińskie bajki) nieszczególnie mnie nastrajało, ale to co się później zaczęło to istna muzyczna nadświetla i eksploracja nowych wymiarów. Nie dało rady utrzymać jakieś zimnej analizy; się gibało. Na dobrą sprawę jednoznacznie potrafiłem nazwać tylko dwa kawałki z całego repertuaru, to jest słynne „Mona Lisa Overdrive” (jednak niejednokrotnie obejrzenie Matrixów zobowiązuje) i „Pistolero”, co nie zmieniało faktu że praktycznie cały czas bawiłem się świetnie a teraz siedzę i rozkimam. Ogółem miałem dość konkretne skojarzenia z Hawkwindem, który obstawiam był sporą inspiracją dla Bena Watkinsa- podobna rytmika, wkręcający motyw obudowany smaczkami, pantomima, poezja, taniec  sposób i treść narracji i wreszcie sam pomysł na show.  Porównajcie sami.