Ślepofrajdy i ślepozałamki

Przeczytałem niedawno „Ślepowidzenie” (Blindsight) czyli tak oto rzecze Peter Watts (dzięki Gand za pożyczenie – teraz rozglądam się za swoim egzemplarzem) – absolutnie genialna książka którą spokojnie dałoby się zderzać z Odyseją Kosmiczną (ci którzy wiedzą jak uwielbiam ten film znają ciężar tego komplementu).  Trochę przeczytałem to zgodnie z taktyką „Przyczajony tygrys, ukryty smok” czyli przeczekałem ochy i achy jakie swego czasu przewineła się chociażby przez ZB, po czym przeczytałem cały wątek o książce i właściwie do każdej wypowiedzi się przypiepszyłem – do tego stopnia że w sumie zapomniałem napisać co sądzę o książce. W sumie tutaj też tego nie napiszę bo moje stanowisko cały czas jest dynamiczne, m.i. dlatego chciałem wywołać na ZB jakąs dyskusje a nie tylko dołączyć do zachwytów- bo nic tak bardzo nie zmusza do krystalizacji własnego stanowiska jak temperatura intelektualnego flejma.

*

Ale najbardziej w tej całej dyskusji trafiła mnie jedna fraza którą tutaj przykleje:

„Może to dlatego, że pierwszy raz zapuścił się na wody sf, wypłynąwszy z oceanów biologii – może następna książka sf pójdzie mu lepiej.” – Ghosia.

*

<KLAP!>

Widziałem ludzi którzy Orwellowi odmawiali pisania science-ficion bo jego science było zbyt „społeczne” ale jak widze niektórzy nawet biologie uwazają za za mało „science”. Za każdym razem jak ktoś uznaje statki kosmiczne/zabawę fizyką za atrybut a nie akcydens science fiction to ręka wędruje mi automatycznie w strone czoła. Ślepozałamka, serio. Ale w sumie nie nad tą konkretną wypowiedzią się pastwie, ale nad pewnym zjawiskiem które w życiu publicznym utożsamia humanizm z intelektualizmem a nauki ścisłe z naukowością, a w fandomowym gettcie SF z robotami/kosmosem a fantasy z smokami i za siedmioma górami. Ślepozałamka.

*

*

A teraz o ślepofrajdzie – miałem coś takiego jak dotarłem do 256 strony książki i poczułem się jak w domu. Jak ktoś chce sobie przypomnieć o co dokładnie kaman to notka jest tutaj . Skrótem: WO twierdził że im bardziej świadomie człowiek podchodzi do jazdy tym mniej wypadków powoduje – ja odwrotnie, im bardziej człowiek zdaje się na odruchy i mniej przejmuje jazdą (np. na skutek wiary w amulety) tym mniejsza szansa na wypadek:

*

„Człowiek czy to jadący samochodem czy grający na gitarze robi pewne rzeczy odruchowo i nie myśli w kategoriach „popełnię/nie popełnię błędu” tylko… jedzie, czy to z muzyką czy to dosłownie. Co więcej, jeśli jedzie szybko, to właśnie w momencie rozkimki „popełnię – nie popełnię?” zazwyczaj się kopsa. Człowiek mający dozę zaufania do siebie, sprzętu i warunków zewnętrznych popełnia mniej błędów, niż wypłoch wyglądający tragedii na każdym kroku. ” – Ja.

*

„Każdy pianista koncertowy wie, że najpewniejszym sposobem na zepsucie występu jest świadomość, co robią palce. Każdy tancerz i akrobata zna siebie na tyle, że puszcza umysł wolno, niech ciało radzi sobie samo. Każdy kierowca dowolnego pojazdu dojeżdża do celu, nie pamiętając ile razy się zatrzymał, gdzie skręcił i jaką droge przejechał. ” – twierdzenie Sarastiego w narracji Siriego, napisane przez Wattsa.

*

Gdybym nie był sobą to bym sobie zarzucił że tą analogie bezczelnie zerżnełem – a tak to mam (ślepo)frajdę wypływającą z pararelności całkiem odseparowanych rozkimek, autora i swojej.  No różnimy się tym że on z swoich rozkimek robi książki a ja pierdze se na blogu. ; )