Czasowstrzymywacz

Na ciągłe wypadanie z czasu cierpiał Billy Pilgrim, bohater Rzeźni nr 5, Vonneguta.  I ja też miewam takie zajawki, szczególnie jak przychodzi do wszelakich podsumowań roku  czy innych toptenów. Dlatego między innymi nie wziołem udziału w katedralnym podsumowaniu literackim 2008 –  po pierwsze do wszelakich podsumowań zawsze podchodzę bardzo pieczołowicze i długo waże ocenę, unikając przedstawiania jej w formie listy czy oceny numerkowej. Po drugie, zawsze dystansuje się od teraźniejszości i eksloruje bliższe czy dalsze przeszłości, czasem dosłownie „wypadając” i egzystując w naprawdę seryjnie odmiennej epoce.  Takimi miejscami latarniami beda przykładowo muzycznie przełom lat 60/70 czy 80/90 (jeśli zachodzi jakas cyklicznośc to być może stoimi u progu przełomu – może 2012? ).  Wypadnięcie z czasu ma tą zaletę że jest aktem jednostkowym zasadzającym się na ciekawości – tymczasem teraźniejszość łacząc pod swoimi skrzydłami tworzy swoistego rodzaju ciśnienie. Ciśnienie te ma wiele nazw, ale zawsze jest to mieszanka mody, aktualnej obyczajowości, pragnienia nowości  – jednym słowem czynników zewnętrznych. Między innymi dlatego nie pale się do płynięcia na fali, co przekłada się na małą ilośc przeczytanych nowości, co przekłada się na mniemanie o nieszczególnej kompetencji własnej do robienia podsumowań i w rezultacie zaniechaniu akcji.

*

Za to popełniłem artykuł ochrzszczony przemądrze jako List do łozinożerców, który właśnie jest takim tripem w przeszłość, przez co w ogóle zostałem posądzony o chęć odgrzewania flejma.  Teraz widze że trochę źle zaczełem, jadąc z Łozinem już od tytułu, bo wiele osob widząc słowo-klucz-feromon, w ramach oszczędności czasu, darowało sobie lekture i zachowało się zgodnie z schematem „o Łozinski! no to słówkowy flejm” .  A ja starałem się właśnie nie tyle tłumacza rozstrząsać co właśnie tłumaczożerców, czyli coś co wyklarowało się jako pewna szeroka grupa już po pierwszych flejmach o translacje. Łozinożerców cechuje właśnie to że na ślepo przyjmują chwytają każdy argument już istniejący (czyli wyklarowany najczesciej przez jakiegoś jednostkowego krytyka) przeciw Łozińskiemu, nastepnie nieważne od jego  jakości, pompują go jak tylko się da. Dodając jeszcze ku temu swoiste ozdobniki okołodyskusyjne –  przykładem jakiego ostatecznie nie zamieściłem w artykule jest genialny link: www.tolkien.com.pl/lozinski_sux00.html – tak, chodzi o sam link. W sumie powinnem zacząć od środka i najpierw pobiadolić nad kondycją polskiej fantastyki przedstawiając mimochodem Łozińskiego jako Bogu ducha winnego ale jednak niewłaściwego człowieka w niewłaściwym miejscu. Ale chyba większym problemem jest tutaj miejsce i czas niż sam Łoziński. Ale jednak moja prognoza (wypadamy w przyszłość) jest optymistyczna – z czasem tłumaczenie Łozińskiego przestanie wywoływać aż taki szok kulturowy, zwłaszcza że nastepuje rotacja pokoleń. Łozinożerstwo przestanie być dyktowaną teraźniejsznie modą,  a a krasnolud będzie naturalnie ewoluował w stronę formy krzatowej, poprzez zaginone a odnalezione przez graczy RPG zaginione ogniowo- krasia.

One Trackback

  1. By MAŁA DRAKA W CHIŃSKIEJ DZIELNICY - Uak-Blog on Kwiecień 19, 2009 at 2:25 pm

    […] pomysł. Przedsięwzięcie w którym szczerze mówiąc nie partycypuje ale to wynika trochę z  wypadania z czasu i niechęci do spekulacji fabularnych na podstawie blurba (lubię za to porównywac blurba z […]