Thrash^3

Dzisiaj z braku laku, notka muzyczna, a właściwie zestawienie na zasadzie skojarzeń:
– trzy płyty, trzech różnych zespołów liczących po trzech muzyków każdy.
– wszystkie wyrosłe z stylistyki thrash metalowej,
– mimo agresji mające dośc niethrashowe, zimne, psychodeliczne oblicze
– stąd wynika kontrowersyjność tych wydawnictw i ich stosunkowa niepopularność w szerszym gronie metaluchów
– motywem okładki każdej z tych płyt jest twarz, ujęta w ramach jednego koloru.

*

Zgodnie z chronologią pierwszą płytą będzie „Complicated Mind” japońskiego zespołu Doom (nie mylić z brytyjskimi crustowcami o tej samej nazwie). Gdy obadałem ich po raz pierwszy obrazu nasunęło się pytanie – czemu dopiero teraz, gdzie byliście przez te wszystkie lata? Właściwie reprezentują sobą wszystko to co lubię w muzyce, i robią to w swoim własnym stylu dlatego nazywanie ich japońskim Voivodem to raczej na zachętę niż jako szczery desygnat. Składa się na to kilka rzeczy: przede wszystkim będzie to basista Koh Morota czyniący wielkie zło na swoim fretlessie. Warto porównać ówczesnego Morotę do ówczesnego Steva Digiorgio (Sadus, Death) – uważam że porównanie zachodzi na korzyść zupełnie nieznanego dziś Moroty. Drugim czynnikiem będzie gitarzysta/wokalista Takashi „Taka” Fujita – tutaj pominę bardzo fajny styl gry (dziwne akordy, dużo ‚zgrzytów’) i zwrócę uwagę na solówki gitarowe – Fujita jest mistrzem wolnych, bardzo psychodelicznych solówek. To co również zaskakuje w tym albumie to niestandardowe taktowanie wielu fragmentów – coś co Meshuggah zinstycjonalizuje dopiero za kilka lat. Generalnie na temat Doom mógłbym gadać dłuugo – naprawdę nie jestem w stanie pojąc jak tak przełomowa na swoje czasy (1988!), pełna niekonwencjonalnych pomysłów, przmieszanych z dobrym rockiem, a nie tylko patrz-jaka-szybka-solówka, jest dzisiaj praktycznie zapomniana. Próbka:  Complicated Mind

*

Drugą płyta będzie „Grin” Coronera, ich ostatni album z 1993 roku. Polecam wywiad z ich basistą/wokalistą Ronem „Royce” Broderem – wyraźnie mówi tam że jeszcze na długo przed ostatnim albumem wiedział że muzyka Coronera nie jest drogą do wypłnięcia na szerokie wody, a Grin mimo to jeszcze bardziej alienował Coronera od swojej bazy fanów. Neoklasyczne solówki i gitarowe gonitwy znane z początków zespołu, i wystepujące na poprzednich płytach tu znikły niemal całkowicie – Tommy Vetterli skoncetrował się na nadaniu swojej gitarze konkretnego acetycznego brzmienia, tam gdzie potrzeba udziwniając brzmienie efektami. Wolniejsze tempo znalazło swoje przełożenie w ponurych riffach. Zmieniło się brzmienie basu – całkowicie schowany na górze bardziej ciągnie do dołu, hipnotycznie pulsując. Sam śpiew Royca nie zmienił się az tak bardzo – wciaż mamy tutaj do czynienia z szorstkim wykrzykiwaniem/gadaniem – tutaj jeszcze bardziej przesyconym swoistym ponuractwem. Perkusja czasem gra jakiś zakręcony rytm, innym razem przybija monotonią i prostotą (końcówka tytułowego kawałka). Dołożyć do tego trzeba małe eksrymenty z elektroniką, jazzem („Host”), ścieżkami wokalnymi (pojawiają się kobiece wokalizny) – i mamy do czynienia z jednym z najlepszych albumów lat 90, o niepowtarzalnym klimacie buntu, nihilizmu, złości. Totalnie niezrozumianym.  Próbka:  Grin (Nails hurts)

*

W końcu „Phobos” z 1997 Voivoda, gdzie Piggy objawił światu całośc swojego gitarowego geniuszu. Nagrany w składzie trzyosobowym z Eric Forrest za mikrofonem i basem i Awayem tradycyjnym perkusistą i rysownikiem zespołu (któremu zawdzięczmy tą dziwną, przerązająca i wspaniałą w swoim bezguściu okładke). Właściwie jest to płyta po której Voivod mógłby się rozpaść, bo już chyba wszystko co mogli osiągnać tu osiągneli. Piggy zarówno industrialne zniszczenie („Mercury”, „Rise” „N-Body”)jak i kreśli swoją gitarą jakieś przedziwne pejzaże, czego chyba najlepszym przykładem jest motyw główny „Bacterii” czy wolnych ciarkujących motywów w wielu kawałkach („Bacteria”, „Tower”, „Neutrino”). Jako wypełaczy mamy industrialne potworki w stylu Catalepsy. Do tego Eric świetnie udaje wokal Snake’a (które w swojej punkowej formie świetnie oddawały zagubienie i dezorientacje) ale w zasadzie do głównie drze mordę, podkreslając negatywny przekaz albumu. Zresztą jego bas to też tradycyjnie voivodowy twardy kostkowany nieco szklisty i przesterowany rzeźnik, bardzo różne jeśli porównać go z tym co wyżej opisywałem przy okazji albumów Doom i Coronera. Phobos jest chyba najbardziej ekstermalnym albumem z tego wymienionej trójki – co wcale nie przełożyło się na jej wyższe uznanie, i docenienie tego jak bardzo elastycznym w swojej kosmiczno-industrialnej stylistyce potrafił być Voivod jadący na geniuszu Piggego. Próbka – autentyczny klip (acz jest to wersja skrócona tego kawałka) promujący album – Tower

*

To tyle tej notki. Wymieniłem trzy albumy które niesamowicie cenie, a które standardowo są albo niedocenianie albo totalnie nieznane. Oprócz tego co napisałem na początku, łączy je przede wszystkim innowacyjność – każdy z tych zespołów próbował nagrać coś swojego, uwolnić się z czerstwej już thrashowej formuły. To zaskakujące jak często ludzie pragnący podążyć swoją drogą, niezależnie od siebie i tak spotykają się w jednym punkcie.

2 Trackbacks

  1. By Buntownik z wyboru - Uak-Blog on Luty 22, 2009 at 11:58 pm

    […] teorie że to dlatego że w francuskojęzycznym Quebec (z którego wywodzi się wspominanty już Voivod) słuchano francuskich audycji radiowych które dużo cześciej nadawały progrocka niż angielskie […]

  2. By Trochę basologii - Uak-Blog on Czerwiec 27, 2009 at 1:49 pm

    […] który się kojarzy z fretlessem w cięzkiej muzie ale Koh Morota z reklamowanego już przeze mnie wcześniej […]