Kulawi Czarodziejowie

*

Ten rodzaj skojarzenia ma znamiona iluminacji – odkrycie bardzo ścisłej analogii wprowadza człowieka w ten fajny stan satysfakcji gdzie już nie tylko logika decyduje ale przede wszystkim estetyka tej logiki. Poczucie ‚hej, to do siebie pasuje’ bez potrzeby żadnego naciągania, bez żadnego zgrzytu. Tak właśnie miałem po obejrzeniu I sezonu House M.D. gdy coś zaskoczyło, nie bez związku z tym pewnie że równoległe poszerzałem swoje informacje na temat uwarunkowań politycznych przełomu XVIII i XIX wieku, w czym niemały udział miał biskup T. Oczywistość analogii tych dwóch jednostek od razu sprowokowała moje google – a tam nic i nic, po wielokrotnych próbach szukań (tak, próbowałem ominąć wieloznaczność House na różne sposoby). Dlatego postanowiłem strzelić o tym notkę bo chyba pierwszy prawdopodobnie poza scenarzystą wpadłem na to:

*

Porównanie te przebiega równoległe na wielu płaszczyznach – zaczniemy od czysto somatycznej. Zarówno bp Charles-Maurice de Talleyrand jak i dr Gregory House mocno kuleją (dla wygody piszę w czasie teraźniejszym). Byłby to tylko przyjemny smaczek w całej analogii gdyby nie jedno – oboje w związku z swoją nogą cierpią wielki ból fizyczny, co przekłada się od razu na ich uwarunkowania psychiczne. Najsłynniejszy nickname Talleyranda zaraz obok „Gówna w pończochach” to właśnie „kulawy Diabeł”. Sam diabeł praktycznie nigdy nie okazywał bólu, ale wspomnieniach jego zmiennych towarzyszy czasami pojawia się napomknienie o „niewyobrażalnych cierpieniach”. Pewna różnica wynika z charakteru urazu – T. nabawił go się w wczesnym dzieciństwie kiedy jako dziecko wypadł z kołyski, H. wiadomo jak (a jak nie wiadomo to marsz oglądać pierwszy sezon żeby docenić tą notkę).

*

Kolejna kwestia to wyznawane poglądy; oboje są makiawelistami do szpiku kości. Konikiem, celowoscią, manią – virtù jednego jest uzdrawianie, drugiego władza – oboje toczą tą walkę wykorzystując wszelkie chwyty, manipulując swoimi sojusznikami i wrogami dla osiągnięcia celu, spowiadając się z swoich planów w ostateczności. Naginają, obchodzą i lekceważą zasady – chyba że są im potrzebne. Są umiejętnymi tkaczami iluzji znającymi ich realną siłę. Cytując Armand Caulaincourt, ambasadora francuskiego w Mokswie (1807-1812): „Zaistniałem na scenie w postaci kukiełki, której kulawy czarodziej z byle powodu każe powtarzać: ‚Pokój daje szczęście narodom’. „. Podejście takie cechuje obu kulawych czarodzeji. Można by zauważyć że T. był bardziej lizusowski niż House który zachowuje się ciągle jak drzazga – myśle że również wynika to z pewnej kalkulacji – otóż Telleyrand dostep do swojego virtù mógł zatracić dużo łatwiej niż House, stąd był dużo ostrożniejszy. A i sam House potrafił grzecznie prosić jeśli rozchodziło się o jego virtù czyli uleczenie danego przypadku (np. kwestia załatwiania serca do przeszczepu przed komisja, chyba już z drugiego sezonu).

*

No i wreszcie osobowość – obaj w swoich środowiskach znani są w roli ‚wujka ciętej riposty’ – wystarczy przejrzeć strony z cytatami – od tych Housa jak i tych Talleyranda, net kipi. I istnie nie odbiegają stylem ani poziom- szalenie inteligetne, dostosowane do sytuacji przewrotne uwagi. Również z tego powodu obaj swoim stylem budzą dwa ambiwalentne uczucia naraz: podziw i zgorszenie. Działa to w specyficzny sposób na kobiety które dla T. były jednym z kanałów prowadzenia swoich politycznych rozgrywek i trochę tak jest u Housa – łaskawy stosunek Cuddy do niego też charakteryzuje się dozą erotyzmu czy dalszego stopnia uznania (świetnie pokazana (nie zwerbalizowana!) scena gdy Cuddy rozważa Housa jako biologicznego ojca swojego dziecka). I podobnie działa na ich wrogów, na których brak oboje nie narzekają.

*

Właściwie nakreśliłem główne zbieżności, choć podejrzewam że analogie można by prowadzić jeszcze i jeszcze dalej. Samo ujęcie Housa i Talleyranda w kategoriach myśli Machiavelliego w oparciu o źródła i cytaty byłoby fajną rozkimką i przeczuwam że tutaj można by znaleźć różnice. Ale że nie przeczytałem niestety żadnej biografii T. ani nie obejrzałem House poza 2 sezonami (jeszcze nie było jump-the-sharka), to odpuszczam sobie. Nawiązując do pierwszego akapitu – być może nawet sam scenarzysta nie wpadł na to że powiela pewien archetyp funkcjonujący w kulturze, ale zrobił to z precyzją kserokopiarki. Warto mieć oko na tego typu kulturowe relacje – chociażby dla wspomnianego wyżej uczucia estetyki wynikania.

6 Comments

  1. Mc Drun
    Posted Styczeń 28, 2009 at 1:53 pm | Permalink

    hmmm, do kompletu brakowaloby aby okuleli Wilde i Voltaire i byloby.

  2. Uak
    Posted Styczeń 28, 2009 at 2:09 pm | Permalink

    Oni byli zbyt mało makiaweliczniymi kulasami. ; )

  3. Mc Drun
    Posted Luty 2, 2009 at 9:47 am | Permalink

    Moze, ale cietego jezyka Wilde’owi zazdroscilo wielu.

  4. Posted Kwiecień 6, 2009 at 12:29 pm | Permalink

    Wszystko pięknie i zgodnie, niemniej z zatraceniem się w pominięciu podstawowej różnicy między postaciami. Pan biskup jest postacią historyczną, pan doktor – pisaną. Co z tego wynika? Pozorna wtórność, czy też celowa inspiracja, niekoniecznie ma z TĄ postacią realną cokolwiek wspólniego – równie dobrze inspiracją mógł być ‚kumpel ze studenckiej ławy’ scenarzysty. Mamy ograniczoną możliwość odnalezienia analogii w biografiach osób znanych, a tak naprawdę House’ów wkoło ‚od groma i ciut’ 😉

    Że biskup bardziej zachowawczy? No wiesz, autorze.. w życiu nie zawsze i nie w każdej sytuacji możemy sobie pozwolić na zagrywki va banque – papier/klisza przyjmie wszystko 😉

    ps. zarówno III, jak i IV sezon serialu emitowała/emituje telewizyjna „dwójka”, w podwójnej porcji, w niemal każdy czwartkowy wieczór.

    Pozdrowienia.

  5. Uak
    Posted Kwiecień 6, 2009 at 7:49 pm | Permalink

    Przyjołem że ta podstawowa różnica jest tak oczywista że truizmem będzie ją podkreślać. ; ) Zawsze znajdzie się parę osób z obżerzy krzywej Gaussa, złośliwych i inteligetnych. Ale myśle jednak że współistnienie kilku niezależnych od siebie cech (bo nie każdy kulas to dorazu wujek cięta riposta) które razem tworzą pewną ciekawa jakośc jest dość rzadkim zjawiskiem – na tyle rzadkim że House może być w istocie memetycznym synem Talleyranda.

    Pozdr,

  6. Posted Kwiecień 6, 2009 at 10:31 pm | Permalink

    Wiesz, nie chodzi od razu o podkreślanie truizmami – bardziej o wyczuwalne (ale ja się czepiam, a czucie jest nad wszelki wyraz niepisany subiektywne ;)) pomijanie tej „oczywistości” w rozważaniach.

    Jeśli przyjmiemy założenie koniecznej fizycznej „kulasowatości”, to zgoda. Niemniej kulawym można być w najróżniejszym sensie – pokiereszowaną nogą, która ciągnie się za nami „kulą” bywa choćby brak „papierka”, wątpliwe pochodzenie, „niewłaściwa płeć”, wiek bezczelnie nieprzystający do prezentowanej pewności siebie graniczącej z ignorancją, ect., ect.

    Fajny ten Twój blog. Tak, to właściwe określenie – fajny. Taki „swój”. Poprzyglądam się, jeśli można.. 😉