Thereminowy dryf

Instrumentów muzycznych nie powinno dzielić się z względu na to jak brzmią – bo brzmienie każdego jest inne od poprzedniego najczęściej na zasadzie uzupełniania się. Skoro taki a nie inny instrument jest, to znaczy, że jest tam komuś potrzebny i nie ma, co dyskutować. Zasadniczy podział instrumentów przebiega na innym froncie, nawet nie muzycznym – mianowicie są instrumenty, z którymi wygląda się fajowsko, i są te, z którymi wygląda nie mniej fajowsko. Np. uberfajowskim instrumentem jest gitara elektryczna/basowa – falliczny kształt, możliwość chodu, skoku, wygibasów, wolna japa, więc można zaśpiewać czy splunąć gęstą śliną. Instrumentem, który brzmi fenomenalnie, ale muzyk z nim po prostu nie wygląda, jest np. gitara hawajska trzymana na kolanach.

Niedawno uświadomiłem sobie istnienie instrumentu, jakim jest theremin. Jest niesamowity i z powodu brzmienia i z powodu sposobu gry na nim, więc prawem synergii jest to wyjebana w kosmos zabawka. Co śmieszne instrument ten pewnie większości ludzi słyszała nawet nie wiedząc, co to. Chodzi tu mianowicie o te ‚kosmiczne dźwięki’ typu ZIUMZIUMZIUZM albo uuuUUUUuuulululululuuuuu, jakie często migają w starych filmach SF. Wiąże się to z wspomnianą techniką gry na tereminie równie kosmiczną – to instrument, co go się nie dotyka, nie dmucha, nie mizia i nie łaskocze – po prostu przybliża się ręce do dwóch anten, z której jedna wydaje dźwięk (wysokość zależy od odległości) a druga kontroluje jego głośność (do maksymalnego wyciszenia – inaczej byłby same legato). Żeby było śmieszniej – instrument ten pochodzi z zamierzchłej przeszłości, jaką jest rok 1918 (!!!) a wynalazł go rosyjski żyd Lew Termen. Miał on łeb jak sklep, bo projektował także urządzenia szpiegowskie i samoloty bezzałogowe, ale najważniejsze jest to, że kiedy pokazano instrument Leninowi ten wyłożył specjalny budżet na to, że puścić orkiestrę z thereminem po europie, co by pokazała, jaka przekozacka elektroniczna muzyka jest w kraju rad. Dochodzi, więc kolejny element – zakręcona historia instrumentu – a sam Termen jawi się przez pryzmat popkultury jak steampunkowy szalony naukowiec. No i pochodzenie żydowskie – kabała, tajemnica i maca. No i rok 1918 w Rosji – postapokalipsa.

Wracając do sedna – człowiek grający na thereminie wygląda fajnie (a nawet fajowsko). Wykonuje ruchy rękoma a dźwięki płyną. Soniczne czary-mary. Choć theremin bazowo ma warunki podobne do keyboardu to jednak jest to inna jakość – widzimy ręce muzyka, widzimy jak muskają w powietrze. Klawiszowcy, np. w zespołach rockowych zwykle stanowią najsztywniejszą część zespołu – stoi taki ludek i coś tam naciska (oczywiście są też wyjątki np Vincent Crane u Arhtura Browna/Atomic Rooster – klawiszowy szatan!). Headbengujący klawiszowiec = żal. Theremin to jednak inna jazda – tam sztywność muzyka ma wymiar sakralny a sam thereminowiec przypomina nieomal medium nawiązujące kontakt z innymi światami. Co do roli thereminu w muzyce to istnieje zabawny spór – thereminowska „prawica” chce używania theremina do gry klasycznych melodii (brzmi wtedy zdeczka skrzypcowato) i uważa „kosmiczne dźwięki” za niepoważne pseudomuzyczenie, podczas gdy thereminowska „lewica” twierdzi, że te dziwne kosmiczne dźwięki to właśnie to, co unikalne dla tego instrumentu i na czym trzeba się koncentrować.

Widziałbym ten instrument w jakimś projekcie space rockowym – rozdawałby akcenty kosmicznymi dźwiękami a czasem wypełnił górne pasmo jakąś przejmującą melodią – theremin wspaniale (skrzypcowato j.w.) zawodzi. Zastanawiałem się czy nie dałoby się grać na gitarze i jednocześnie na theremienie… Już wiem, jaki będzie następny instrument, jaki sobie sprawie i jakiego się naumiem.