Pedagogika Postapokalipsy

***

Nie wiem ilu z was, zwróciło uwagę na jeden motyw łączący dużą część utworów postapokaliptycznych, a na pewno dużą część kamieni milowych tego gatunku. Niezależnie czy mamy do czynienia z utworem akcji (Mad Max II), komediowym ( Six String Samurai) czy z cięższą literaturą typu „Pamiętnik Przetrwania ” lub „Droga” McCarthego. Mianowicie sztandarowa rola dziecka czy dzieciącego towarzysza w tych utworach. Oczywiście czasami można to wytłumaczyć tym że jeden autor nawiązuje do drugiego, tak jak pokazany na Six String Samurai parodiuje dwójkę Mad Maxa, Wodny Świat Mad Maxa kopiuje, a trójką Mad Maxa z kolei obowiązuje ilościowe prawo sequeli (czyli skoro w dwójce jest jeden półdziki dzieciak, to w trójce musi być ich całe stado). Odkładając jednak kwestie nawiązań na boku, to chyba zgodzicie się że ogólnie jest motyw nadreprezentowany w utworach tego typu i chyba warto poszukać jakiegoś czynnika oddolnego który prowokuje tą wątkową koegzystencje.

***

***

Dziecko występuje tutaj w roli papierka lakmusowego czasów. Łączy się to z wyjściowym założeniem o tym że samo w sobie dziecko jest naturalną, czystą tabula rasą i na jego zachowanie wpływa to w jaki sposób ukształtuje go środowisko. Emil, czyli o wychowaniu na zgliszczach cywilizacji. Dziecko często nie pamiętające przedapokaliptycznych czasów, lub urodzone już po, daje porównanie z osobą dorosła która stary świat pamięta. Np. „Mad Max 3: Pod Kopułą Gromu”, przedstawia idylliczną wręcz cukierkową społeczność dzieci i młodzieży, żyjących hej ho w jakieś oazie, bez udziału dorosłych gdzie życie reguluje mówiąc bez ogródek nowa świecka tradycja. W opozycji pokazane jest Bartertown, brudne miasto dorosłych, gdzie warczące samochodu napędza się, gazem z sfermentowanego świńskiego łajna. Swoją drogą zastanowiliście się w ogóle nad końcówką Mad Maxa 3 – te dzieci w końcu porzucają zieloną oazę i zamieszkują w zniszczonym wielkim mieście co jest ich największym marzeniem (WTF?). W „Pamiętniku Przetrwania” z kolei zdziczałe dzieci stanowią jedno z największych zagrożeń upadającej cywilizacji, tworząc drapieżne stada nie nadające się do jakiekolwiek resocjalizacji (dla takich właśnie dzieci zastosowanie znalazł Dukaj w swoim najlepszym opowiadaniu – „Szkole”).

***

***

Wątek dziecięcy wypiera z utworów postnuklearnych typowy wątek miłosny z powodzeniem go zastępując – czasami sytuacja jest jasna – ojciec i syn, tak jak w „Drodze” ale czasami najpierw musi dojść do aktu adopcji gdzie dwoje ludzi musi zaakceptować swoje nowe role, bez oczywistej płaszczyzny więzi krwi. Czasem to właśnie apokalipsa stwarza ku temu warunki, zmuszając samotników do przyjęcia nowych ról, czasem kształtowanie tych nowych więzi ma w sobie coś z dramatyzmu wątków romansowych – kocha, nie kocha? Zostawi, nie zastawi? Ktokolwiek czytał pierwszy tom „Mrocznej Wieży” Kinga, wie o co chodzi, gdzie wszystko w końcu sprawdza się do sentencji „więc idź, są inne światy niż ten”. Czemu w innych opisywanych światach, niekoniecznie postapokaliptycznych, te zjawisko w takim stopniu nie występuje?  Starałem się uchwycić odpowiedź ale pytanie pozostaje dla mnie w dużym stopniu otwarte.

LAIBACH, JUNO REACTOR Warszawa 10.12.2009 Palladium

I stał się Laibach. Znałem setliste poprzednich koncertów na tej trasie i bałem się że koncert rozpadnie się na trzy niespójne części – nowe aranżacje lat 80, Volk i WAT. Zagrano to tymczasem bardzo spójnie, przy czym nowe aranżacje mnie kupiły w całości, Volk ucieszył bardzo (ale brakowało Yisra’el i Rossiya), a WATowskie nieco rozczarowały. Może dlatego że na postWatowskich koncertach Laibach miał na składzie żywego basmena i gitarula – tutaj oprócz perkusji były tylko trzy syntezatory. Np prosty bit „Tanz mit Laibach” brzmiał sporo mniejmocniej na tylko li żywej perkusji bez asysty basu. Natomiast nowy „Brat Moj” ścisnął wnętrzności totalnie, gdzie na bazie ascetycznej marginalnej bazy dorobiono całkowicie nową elektroniczną przestrzeń i zabierający powietrze z płuc finał. „Drzava” doczekała się już bardziej energetycznej przeróbki, choć nie osłabiającej jego totalnej wymowy – a darcie się na zgromadzonych przez megafon robiło swoje. Przed koncertem narzekałem na to że jestem głodny bo zjadłem tylko piwo (za 10 zł, dzięki Marta za wybitną lokacje) ale po tym już nie było mowy o jakimkolwiek głodzie. Warto czekać na album na którym zostanie to wydane.  Z repertuaru  Volk olbrzymie wrażenie zrobiła Francia, nie bez udziału wizualizacji, która jest genialna o tyle że ujmuje swoją prostota i klarownością, i jest dużo lepszym tłem niż klip w stylistyce MTV do „Anglii„. I i Slovania na bis, wykonana identycznie jak na klipie, tylko że bardziej bezpośrednio,dosadnie. WSZECHPRZESTRZEŃ I OGROMNA SIŁA WIELKICH NADMOCY. Można się zgodzić z Žižekem (odsyłam do tekstu z Krytyki Politycznej) że Laibach jest pytaniem prowokującym popędy których odbiorca u siebie nie znał.

***

***

Juno Reactor mnie zaskoczył. Byłem nastawiony na skonsumowanie ich jako przystawki/ciekawostki do dania głównego, tymczasem wystąpili po Laibachu i utrzymali całkowicie poziom choć w konwencji innej bajki. Występowali mając na składzie na składzie niejakiego Sugizo, to jest gwiazdę j-rocka z którego groupies polewaliśmy się trochę przed koncertem. Początkowe perkusyjno-plemienne intro połączone wraz z akustycznym ogrywaniem skal przez kitajca (pozdro Tixon i chińskie bajki) nieszczególnie mnie nastrajało, ale to co się później zaczęło to istna muzyczna nadświetla i eksploracja nowych wymiarów. Nie dało rady utrzymać jakieś zimnej analizy; się gibało. Na dobrą sprawę jednoznacznie potrafiłem nazwać tylko dwa kawałki z całego repertuaru, to jest słynne „Mona Lisa Overdrive” (jednak niejednokrotnie obejrzenie Matrixów zobowiązuje) i „Pistolero”, co nie zmieniało faktu że praktycznie cały czas bawiłem się świetnie a teraz siedzę i rozkimam. Ogółem miałem dość konkretne skojarzenia z Hawkwindem, który obstawiam był sporą inspiracją dla Bena Watkinsa- podobna rytmika, wkręcający motyw obudowany smaczkami, pantomima, poezja, taniec  sposób i treść narracji i wreszcie sam pomysł na show.  Porównajcie sami.

Festynowy lider

Wpis spowodowany tym że ostatnio jak szalony wygrywam konkursy na lokalnych forach internetowych, w których trzeba coś napisać żeby wygrać.  Same konkursy są takimi odpowiednikami zawodów w łapaniu naoliwionych świniaków na festynie w Kozidupach, czyli są dość regionalne i staje w nich mało ludzi bo jednak tego świniaka trzeba złapać, nie to co w loterii  na którą wali cała gawiedź. Pierwszy konkurs miał bardzo wazelinarski profil czyli napisz opinie o swoim ulubionym polskim pisarzu (konkurs Bramy Światów w współpracy z sklepem amazonka.pl), no więc ode mnie wazelina dla Dukaja:

*

„Niewielu jest twórców rodzimej fantastyki, którym hołubię. Gdybym miał jednak wskazać autora, w którym pokładam szczególne nadzieje, to będzie to Jacek Dukaj. I nawet nie chodzi tu o olbrzymi dorobek literacki, którego nie sposób tu wymieniać, ale o progres tejże twórczości – od sezonowej ciekawostki, jaką był czternastolatek z jego „Złotą Galerą”, poprzez mrówczą pracę środowiskową, aż do ogólnopolskiej fali sukcesów w XXI wieku. Cały czas obserwujemy tendencje zwyżkową, co najłatwiej potwierdzić biorąc do ręki jakiś tytuł sprzed kilku lat, zapewne nagrodzony nagrodą imienia Janusza Zajdla i porównać go do obecnych o wiele bardziej przemyślanych tworów – aż lekki protekcjonalizm czuje się do ówczesnych komentatorów zachwycających się ówczesnym Jackiem, skoro od tamtego czasu Dukaj przeszedł już sam siebie niejeden raz. I mnie zapewne za kilka lat przyjdzie zrelatywizować i tą opinię, bowiem nic na wskazuje na to, że ten młody pisarz zamierza osiąść na laurach – kolejne sukcesy, między innymi epickiego „Lodu”, i uznanie nie tylko w kręgach fantastycznych zdają się potwierdzać tą prognozę. Trudno również pokusić się o wyliczanie ilości obszarów, jaką Dukaj w swoich powieściach i opowiadaniach eksploruje, gdyż zamieniłoby to czytany tekst albo w wyliczankę, albo w artykuł monstrualnych rozmiarów. Starczy przytoczyć zarzuty wobec Jacka Dukaja o to, że stosuje literacką taktykę spalonej ziemi – kreuje odmienny, spójny (wszech)świat nawet na potrzeby krótkiej formy, by już za chwilę tworzyć kolejny – nie ma tu mowy o wygodnym zagnieżdżaniu się w tej czy innej bajce i manufakturowej produkcji historii w niej osadzonych. Nadto, uważam jest to jedyny autor rokujący możliwość kariery światowej, czyli powtórzenie scenariusza lemowskiego – jak dotychczas jedynego autora polskiej fantastyki szerzej znanego za granicą. Zresztą położono już pod to podstawy poprzez liczne krótszych form w różnych językach, oraz sukces animowanej „Katedry”. Dodać należy szeroką działalność publicystyczną, dynamizującą środowisko polskich fantastów i dość już argumentów by wiedzieć, że Jacek Dukaj to człowiek, którego cenię w najwyższym stopniu nie tylko za to kim był i jest, ale również za to kim może się stać.

*

Drugi konkurs był nieco bardziej twórczy i chodziło tu o wyjaśnienie przyczyny przebywania jak dotychczas na forum ZB. Zaiste trzeba było wykazać się twórczością, bo dużo powodow do głowy nie przychodzi. Ale przynajmiej nikt się nie zastrzelił pod wpływem tego pytania, więc jesteśmy na plus. Tekst znajdziecie W TYM MIEJSCU, bo niestety nie chce mi się go wklejać i przekodowywać na html.

I love trash

Dzisiaj obchodzimy 40 urodziny „Ulicy Sezamkowej” o czym donosi w swoim logo Google. Nie wiem jakiego wy macie ulubionego muppeta, ale moim z pewnością jest Oskar. Oskar wali system i mieszka w śmietniku, nie dlatego że wali system ale dlatego że „he loves trash”. Jest tym samym ideowym liderem polskich kindermetalowców którzy „no ja słucham trashu, heavy i trochę gothic epic ^^” . Plasuje się tym samym obok Ciasteczkowego Potwora, który wynalazł death metal (chociaż tak naprawdę growl to jeszcze porzed ulicą sezamkową –  1966 rok,  kawałek The Who – Boris the Spider). Zastanawialiście się kiedyś jak pachnie Oskar? Zastanówcie się. Czy pachnie bardziej jak warszawski menel czy może jak  Johnny Rotten ? W czasach kiedy wynajdzie się TV i kino z zapachem, Oskar skończy jak aktorzy z filmu niemych – oni odeszli ponieważ nie umieli przekonująco prowadzić dialogów, Oskar odejdzie bądź w najlepszym przypadku ocenzurują go z względu na zapaszek. No bo on jest prawdziwy… prawda?

Fidus, Pradziad Hipisów

Fidus to pseodnim niemieckiego grafika i ilustratora Huga Höppenera (1868 –  1948), który szczyt swojej świetności przezywał przed I wojną światową i człowieka którego zamysł artystyczny ukształtował estetykę lat 60siątych i 70siątych która dzisaj przeżywa renans chociażby w klipach Toola. Jego pracę poruszają cechuje naturalizm, psychodelia, symbolizm – szczególnie ten typowy dla wierzeń ludów indoeuropejskich – chociażby motyw swastyki czy krzyża celtyckiego. Związany był z ruchem Wandervogel (Wędrowne Ptaki), oraz magazynem  Der Eigene (pierwszy na świecie magazyn dla homoseksualistów, nie mający wiele wspólnego z dzisiejszymi różowymi, raczej w spartańskim duchu).  Mimo iż jego pracę poruszały motywy ezoterycznych sił, germanizmu, umiłowania ziemii zostały objęte całkowitą cenzurą  w Niemczech w roku 1937 a sam artysta zmarł niemal zapomniany po wojnie w Paryżu. Polecam przestudiowanie jego prac tu i tu.

Ja twórczość Fidusa postrzegam jako pomost między kontrkulturą przedwojenną i powojenną. Jest tu sporo analogii – tak jak członkowie Wandervogel i innych folksistowskich antymieszczańskich ruchów, wkrótce stali się bazą członkowską dla ruchu nazistowskiego, tak my dzisajw telewizji na salonach obserwujemy ludzi którzy brali udział w ruchawkach roku 1968 (naszy Michnik czy ichszy Cohn-Bendit).  Najlepszym konserwatystą jest zwycięski rewolucjonista.  Nie to jednak reguła – zawsze są ludzie którzy bunt potrafią uczynić immanetną częścią swojego jestestwa.  Na tym przeciez opierała się filozofia Stirnera który powołał do życia golema jakim jest „Jedyny” czy Jungera który sformułował definicje „Anarchy” (który ma się do anarchisty tak jak monarcha do monarchisty).  W każdym ruchu zawsze spotkamy kilku pragmatyków, ideowców czy chaosmongerów (nazwa zaczerpnięta z kawałka Voivod, rozumiem przez nią osobnikaktóry poprze każdy ruch dający mu akrurat okazje coś rozwalić) kótrzy po latach odnajdują się po różnych stronach barykad.

i nieco fotojudeologii

Szalałem sobie ostatnio z pożyczonym Canonem z wyższej półki i chyba już nie tkne swojego aparatu, dopóki nie zarobie na sprzęt podobnej klasy (ale jak już gdzies kiedyś wspomniałem fotografia nie jest u mnie priorytetem). Ok, jasne, nie sprzęt czyni artystę głosi ludowa mądrość, ale nie oznacza ona tyle że trzeba być artystyą mimo sprzętu ale nie bez niego.  Czasem poprostu szkoda patrzeć jak wiele dobrych zdjęć które kiedyś uważałem za dobre, byłoby naprawdę DOBRE gdybym robił je apratem tej klasy – i pytanie – jak bardzo je zmarnowałem robiąć je pstrykawką? Oczywiście wchodzę już w jakąś chorą filozofie fotografii i zaraz zaczne myśleć o tych tysiących-  setek-bardzo dużo-tysięcyliardów zdjęć które byłyby zajebistami zdjęciami ale akurat nie było w pobliżu fotografa z sprzętem który by je uczynił. Dlatego zamiast – po lewej jedna z moich wczorajszych fotografii (cmentarz żydowski w Otwocku).

*

Mam nadzieje że nigdy nie wyremontują tego cmentarza i nie zamienią go w kolejną uporzadkowaną, nudną jak flaki z olejem nekropolie. Taki jaki jest, jest niesamowity – również z względu na ładne nagrobki, a łądne dlatego że chowano tam głównie bogatych Żydów, którym nie pomogły nawet Otwockie Senatoria. A zdjęcie jak malowane i tak mi właśnie mijają wakacje.

Trochę basologii

Dzisiaj notka o moich preferencjach odnośnie brzmienia gitary basowej, a to z tej pięknej i doniosłem okazji że jestem nowym właścicielem pięknego, jedynego w swoim rodzaju instrumentu jakim jest lutniczny fretless zakupiony od krakowskiego jazzmana Piotra „Basologa” Kuźmicza, odebrany przed jego koncertem w Empiku. Na samym koncercie nie byłem – po konkretnej rozmowie na basowe tematy i ogarniu wiosła, zawiniłem się do domu by tutaj podłączyć go pod swoje klamoty. No i przepadałem na resztę dnia i w sumie miałem dać ta notke tego samego dnia, ale dopiero po kilku dniach zechciało mi się pisac a nie grać.

  • Generalnie potwierdziło się to, czego od instrumentu oczekiwałem – po pierwsze jest to bas bezprogowy czyli tak zwany fretless. Właściwie wszystkie brzmienia w których progi są niezbędne („szklanka”, kołatanie czy slapowe brzdęki) jakie takie zupełnie osobiście mnie nie interesują jeśli chodzi o granie (bo posłuchać czasem posłucham). Nawet na progowcach wolę bardziej obłe, biologiczne ale jednak punktowe brzmienie, bez bawienia się w symulacje kontrabasu. Stąd fretless był dla mnie bardzo naturalnym wyborem, bo mimo jego mniejszej brzmieniowej uniwersalności, osobiście nie tracę wiele – bo nie mam ambicji być profesjonalnym sesyjnym basistą, wolę robić swoje. A dostaje w zamian niezwykle możliwości ekspresji które progi badź co badź ograniczają.
  • Pojedyńczy przetrownik EMG DC35 (jestem entuzjastą EMGów i lubię basistów kótrzy nimi operują) zaraz przy mostku generuje potężne przejrzyste skoncentrowane brzmienie. Paweł twierdził że jego obecny bas lepiej się miksuje i rozpływa w reszcie instrumentów, natomiast ten fretless to typowy przebijacz, czyli coś na czym by mi zależało. Podstrunnica to palisander pokryty żywcią epoxydową – cholernie twarde to to, więc można grać strunami z okrągłą owijką co jest dla mnie bardzo ważne bo jakie struny taki dźwięk – okrągła owijka daje pazur, natomiast szlifowane struny które mimo tego że są fretless-friendly i nie żrą podstrunnicy to już nie to. Paweł zresztą stwierdził że grał na tym basie dzień w dzień przez ostatnie 10 lat i mało co tą podstrunnice ruszył, co nastaraja mnie optymistycznie. Ogólnie to dźwięk z mostka + okrągła owijka + brak progów = brzmienie nieco a la Jaco Pastorius . Chociaż nie to Jaco mnie w fretlessie rozkochał ani Tony Franklin czy Steve DiGiorgio który się kojarzą z fretlessem w ciężkiej muzie ale Koh Morota z reklamowanego już przeze mnie wcześniej DOOM – wszystkim którzy jeszcze nie kochają fretlessa polecam jego miniaturkę z Complicated Mind. Wszyscy ci jednak basiści potrafili uzyskać na swoich bezprogowach świetnie drapieżne przebijające się brzmienie i na tyle selektywne by móc zaprezentować co potrafią a nie tylko lecieć pod gitarę.
  • No i bardzo ważna dla mnie rzecz – basik jest piękny. Tak tak wiem, liczy się brzmienie ale baścici którzy mówią że dla nich wygląd się nie liczy to jest to równie przekonywujące jak gadanie o dziewczynach i pieknym wnętrzu i tym podobnym bulszitach czy innych cudach na kiju. W każdym razie aż zrobiłem basikowi łartystyczną fotkę:


    Wygląda trochę jak Rickenbacker z tej perspektywy. ; )

  • Świetną sprawą jest to drewno. Jak pierwszy raz zobaczyłem w specyfikacji tej gitary słówko że korpus jest z drewna „bodo”  to odrazu zaczełem googlać i praktycznie nie znalazłem drugiej takiej – co prawda Mayones proponuje bodo ale w charakterze topu na korpus.  Dopiero na jakieś strunce o meblach wyskoczyło mi że bodo (łac. detarium senegalense) najłatwiej będzie porównać do europejskiego orzecha. To co jest fajne w korpusie to możliwośc przepuszczenia strun przez mostek co daje niesamowite wybrzmiewanie, zwłaszcza jeśli chodzi o wyższe dźwięki i flazolety. Prawdziwym torcikiem jest jednak gryf którego budowa to 5 częściowy przekładaniec jaworo-machoniowy z naciskiem na jawor. Ogółem to bas nie jest duży ale za to jaki lekki i niesamowicie wygodny,  nosi się go jak piórko.
  • No może nie pogardzłbym jeszcze jedną struną – najtrudniejsze w przetoczeniu się na czwórkę z piątki okazał się nie sam brak 5 struny w której sporadycznie używałem niskiego D, ale odległośc między strunami – na 4 trudniej „przetacza się” palec grając kwarty. Z tym niskim D to myśle nad D-tunerem który umożliwa za pomocą jednej małej wajchy błyskawiczną zmianę stroju nawet podczas gry- no ale że Mayones liczy sobie za taką zabawkę sporo to narazie odpuszczam.

Jako że wydałem na niego niemal całą kase zebraną na wakacyjne wyjaże, to zdaje się że ten basik będzie moją wakacyjną wojażą.  Musze się jeszcze wieeeleee nauczyć by wykorzystać potencjał tego instrumenty – życzcie mi szczęścia.

LEWIATAN

Właściwie to już zaczynam sesje co wiąże się z deficytem czasu, no ale sztrzele notke właśnie na ten temat. Ludzie przeważnie dziwią mi się dlaczego jaram się nauką o administracji, co przełożyło się na wybór specjalizacji – zazwyczaj spotykam się z ciągiem skojarzeń – biurko/urzędas/pieczątka w wydaniu dla tych z mniejszą wyobraźnią, tudzież ktoś pochwali się że oczytany i wyjedzie z Kafką. Ta konotacja w świadomości społęcznej jest tak klarowna że przyćmiewa istotę problematyki tak jak niektóre ryby głębinowe walą po oczach świecącym wypustkiem żeby nie było widać całej reszty ich cielska wraz z zebami stanowiący połowe ich masy. Zabawnie z tym motywem zagrał Dukaj w „Perfekcyjnej Niedoskonałości”:

*

Gdyby Zamoyski miał ciało — gdyby je teraz posiadał — zatrząsłby się zapewne z obrzydzenia. Oni tu wszyscy żyją we flakach lewiatana. Co z tego, że nieorganicznych? Gdy rozpatrywane na tym poziomie, wszystko jest już organiczne lub nieorganiczne, jak kto woli. Ale ja nie mogę myśleć inaczej. Oślizgły potwór, bestia amorficzna, zimny lewiatan. Oni żyją w nim, on w nich. I uważają to za normalne. Pieprzona Cywilizacja!

*

O tyle zabawna parafraza że Hobbsowską metafore lewiatana sprowadza na poziom fizyki, przez co de facto przestaje być metaforą. Sens jednak jest taki że my obecnie również nie zauważamy w jak wielkim zagęszczeniu administracyjnej konwencji żyjemy – urodziliśmy się, dorastamy i umieramy biorąc to za swoje naturalne otoczenie i w sumie tylko człowiek sprzed sześciu wieków mógłby spojrzeć na to świerzym okiem i jego reakcja byłby niewiele różna od tej Zamoyskiego.

*

Na dobrą sprawę to własnie przyglądanie się tej niewidzialnej dla większości konwencji daje jakiekolwiek pojęcie o otaczającym nas świecie – tutaj można otrzeć się o najprawdziwszą z wszystkich filozofii, jeśli za prawdziwośc uznamy wpływ na nasze życie. Dlatego Tocqueville jest takim moim naukowym idolem – facet nie spekulował sobie na temat ilości aniołków na czubku szpilki, czy świecie wiecznie żywych idei i podobnych pierdół – on ducha systemu wywodził z przepisów administracyjnych, z błachych skarg administracyjnych (typu budowa studni czy budowa drogi) i syntezował to w błyskotliwe przemyślenia. Przewidział układ stosunków międzynarodowych wieku XX w połowie wieku XIX – jego analiza rewolucji po dziś dzień wydaje się najbłyskotliwszą tego rodzaju analizą i co ciekawe jest w dalszym ciągu wiedzą tajemną dla większości ludzi którzy wolą egzystowac w mitomańskim światku. Już nie mówiąc o tym że facet pozostaje mistrzem stylu swoich prac.

*

I dlatego lubię naukę o administracje. Bo nie lubię administracji – Pieprzona Cywilizacja!

Ślepofrajdy i ślepozałamki

Przeczytałem niedawno „Ślepowidzenie” (Blindsight) czyli tak oto rzecze Peter Watts (dzięki Gand za pożyczenie – teraz rozglądam się za swoim egzemplarzem) – absolutnie genialna książka którą spokojnie dałoby się zderzać z Odyseją Kosmiczną (ci którzy wiedzą jak uwielbiam ten film znają ciężar tego komplementu).  Trochę przeczytałem to zgodnie z taktyką „Przyczajony tygrys, ukryty smok” czyli przeczekałem ochy i achy jakie swego czasu przewineła się chociażby przez ZB, po czym przeczytałem cały wątek o książce i właściwie do każdej wypowiedzi się przypiepszyłem – do tego stopnia że w sumie zapomniałem napisać co sądzę o książce. W sumie tutaj też tego nie napiszę bo moje stanowisko cały czas jest dynamiczne, m.i. dlatego chciałem wywołać na ZB jakąs dyskusje a nie tylko dołączyć do zachwytów- bo nic tak bardzo nie zmusza do krystalizacji własnego stanowiska jak temperatura intelektualnego flejma.

*

Ale najbardziej w tej całej dyskusji trafiła mnie jedna fraza którą tutaj przykleje:

„Może to dlatego, że pierwszy raz zapuścił się na wody sf, wypłynąwszy z oceanów biologii – może następna książka sf pójdzie mu lepiej.” – Ghosia.

*

<KLAP!>

Widziałem ludzi którzy Orwellowi odmawiali pisania science-ficion bo jego science było zbyt „społeczne” ale jak widze niektórzy nawet biologie uwazają za za mało „science”. Za każdym razem jak ktoś uznaje statki kosmiczne/zabawę fizyką za atrybut a nie akcydens science fiction to ręka wędruje mi automatycznie w strone czoła. Ślepozałamka, serio. Ale w sumie nie nad tą konkretną wypowiedzią się pastwie, ale nad pewnym zjawiskiem które w życiu publicznym utożsamia humanizm z intelektualizmem a nauki ścisłe z naukowością, a w fandomowym gettcie SF z robotami/kosmosem a fantasy z smokami i za siedmioma górami. Ślepozałamka.

*

*

A teraz o ślepofrajdzie – miałem coś takiego jak dotarłem do 256 strony książki i poczułem się jak w domu. Jak ktoś chce sobie przypomnieć o co dokładnie kaman to notka jest tutaj . Skrótem: WO twierdził że im bardziej świadomie człowiek podchodzi do jazdy tym mniej wypadków powoduje – ja odwrotnie, im bardziej człowiek zdaje się na odruchy i mniej przejmuje jazdą (np. na skutek wiary w amulety) tym mniejsza szansa na wypadek:

*

„Człowiek czy to jadący samochodem czy grający na gitarze robi pewne rzeczy odruchowo i nie myśli w kategoriach „popełnię/nie popełnię błędu” tylko… jedzie, czy to z muzyką czy to dosłownie. Co więcej, jeśli jedzie szybko, to właśnie w momencie rozkimki „popełnię – nie popełnię?” zazwyczaj się kopsa. Człowiek mający dozę zaufania do siebie, sprzętu i warunków zewnętrznych popełnia mniej błędów, niż wypłoch wyglądający tragedii na każdym kroku. ” – Ja.

*

„Każdy pianista koncertowy wie, że najpewniejszym sposobem na zepsucie występu jest świadomość, co robią palce. Każdy tancerz i akrobata zna siebie na tyle, że puszcza umysł wolno, niech ciało radzi sobie samo. Każdy kierowca dowolnego pojazdu dojeżdża do celu, nie pamiętając ile razy się zatrzymał, gdzie skręcił i jaką droge przejechał. ” – twierdzenie Sarastiego w narracji Siriego, napisane przez Wattsa.

*

Gdybym nie był sobą to bym sobie zarzucił że tą analogie bezczelnie zerżnełem – a tak to mam (ślepo)frajdę wypływającą z pararelności całkiem odseparowanych rozkimek, autora i swojej.  No różnimy się tym że on z swoich rozkimek robi książki a ja pierdze se na blogu. ; )

„Popkulturajest niszowa, bo ma właśnie trafić do mass”

Dawno nie było notki muzycznej. Koleżanke forumową Zir ostatnimi czasy natchneło na notke na swoim DA z rodzaju „ja, rockowa pannica, umysł niezniewolony vs komercyjna popkultura” . Niestety dała mi tam bana na komentarze, no ale od czego człowieka ma blogaska. Każdy przechodził przez coś takiego, ale na prawdę jak przeczytałem co ona tam wypisała i zadałem sobie pytanie „czy ja taki byłem?” to odpowiedź brzmiała: NIE, NIE AŻ TAKI. Drugie pytanie jakie mi przyszło do głowy to czy „jesteś za swobodną aborcją?” – po przeczytaniu tej notki Zir myśle że TAK. Generalnie zlewam całą jej wypowiedź który jest męczeniem buły o komercji i zjechaniem zupełnie bez powodu bardzo fajnego coveru (tylko z tragicznym klipem). Warto zauwazyć że Zir jedyne co była w stanie to odnieśc się do wyglądu muzyków i to jest 95% jej wywodu. Nie zwróciła uwagi na intepretacje wokalną czy przearanżowania kawałka do jej stylistyki wokalistyki. No ale nie o tym, przecież nie będe tracił bloga na polemike z czymś takim. Za to sprowokowała mnie jedna wypowiedź:

*

Już covery Pink Floyd i Depeche Mode powodowały u mnie poważne kryzysy osobowości, ze Snoop Dogg’owym Riders on the storm nawet się pogodziłam, trwałam jednak w przeświadczeniu, że Metallice „grożą” covery jedynie Trivium, Megadeth albo Korn, ponieważ przeciętna wypacykowana paniusia umarłaby w ciągu minuty, podjąwszy próbę przesłuchania oryginału

*

Nie wyprowadzam oczywiście Zir z jej wypacykowanej rzeczywistości mówiąc że Unforgiven Metalliki to lajtowy kawałek który zdarzało się mi słyszec w radiu autobusu. Teraz jako człoweika który słucha całkiem sporo Megadeth (oczywiście nie mam tylu odsłuchań tego zespołu co Zir na last.fm), zastanowiło mnie, kiedy (kiedykolwiek) grali oni covery Metalliki? Albo Zir chodziło o te jutubowe fake’i który autentycznośc potrafi zweryfikowac każdy kto ma uszy w innym miejscu niż okrężnica (naturalnie trzeba przy tym słuchac muzyki, a nie tylko gadać/wypisywac na blogach że się jej słucha), albo o The Mechanix. Innej opcji nie widzę (no chyba nie przecież parodiowanie Enter Sandman w Go to hell – zresztą Mustaine parodiuje to dlatego że rzekomo koncept „modlitwy” chłopca w Sandamnie to jego autorskie dzieło) . Oczywiście każdy kto posiada minimalną wiedzę na temat Metalliki wie, że „The Mechanix” to żaden cover, tylko piosenka napisania przez Mustaine’a zanim dołączył do Metalliki i w pierwszej fazie wykonywana przez Metallike właśnie jako „The Mechanix” – dopiero po wywaleniu Mustaine’a zmieniono ją na „The Four Horsemen„, zmieniono tekst, dodano charakterystyczne dla Hetfielda mostek który wydłużył kawałek, zmieniono rytm na wolniejszy. Wciaż jednak jest to piosenka Musteine’a która jest wciaż wykonywana przez Metallike w jej własnej aranżacji. Więc jeśli ktoś tu wykonywał czyjeś piosenki to panowie z Metalliki – SZOK, nie ZIRKA?

*

*

Swoją drogą notka to też dobry pretekst żeby powiedzieć coś o muzycznym temperamencie. Niby Musteine jest wymieniony jako współautor 6 utworów Metalliki: The Four Horsemen , Jump of the Fire, Phantom Lord, Metal, Militia, Ride the Lightning i The Call of Ktulu. Ale ten gościu mimo iż wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazują jest totalnym dupkiem (na wikipedi jest nawet oddzielny artykuł o konfliktach Mustaine’a z innymi muzykami) , był swego czasu muzycznym geniuszem który ma swój innowacyjny wkład w cięzkie granie. Jego krótki pobyt w Metallice miał znaczący wpływ na całośc stylu i temperamentu nie tylko pierwszego materiału ale i całej reszty zespołu. To tak jak Lemmy który udzielając się w Hawkwindzie wpłynoł na to że zespoł grający rockową psychodele zamienił się w miażdzący punkodeliczną rakiete. Polska wikipedia (Zir, udzielasz się tam może?) mówi : ” Motörhead wyrósł na doświadczeniach basisty, ale zdecydowanie odcinał się od tego, co grał Hawkwind, czyli jego poprzedni zespół. „ GÓWNAPRAWDA, w twórczości Hawkwinda bez trudu znajdzie się takie kawałki jak Born to go czy Brainstrom z których przebija dzikośc jaka będzie cechowała później Motörhead. W Hawkwindzie tez po raz pierwszy Lemmy chwycił do rak gitare basową i rozwinoł swój styl grania na tym – agresywny, bardzo gitaroelektryczny (zresztą służyła temu specyfika jego ekwipunku: kostka + Rickenbacker z krótką jak na bas menzurą i wąskim rozstawem strun). Muzyk który ma temperament potrafi swoim graniem, bez słów, narzucić reszcie zespołu swoją wizję. I tak samo Metallica po wywaleniu Mustaine’a czy Hawkwind po wykopaniu Lemmego mają w sobie wciąż ich wpływ. A my mamy Megadeth i Motörhead.

*

Na koniec mądrość Zir o Feelu, czyli zespole o którym wie tyle samo co o Metallice: „Nie cierpię Feel, ale oni mimo wszystko memlają swoje własne kompozycje.” – oto TAK, TAK OCZYWIŚCIE, ZIR.

*

A mottem dnia niech będzie jeden z komentarzy znajomych Zir: „popkulturajest niszowa, bo ma właśnie trafić do mass „ (czyli kto z kim przystaje takim się staje). A samej Zir za wiedze muzyczną dedykuje tekst ww. Go to hell ; )